Ile razy Ci się wymsknęło?

Czasami z braku zrozumienia tematu
Kiedy Mariusz przyprowadził do domu Olę, jego siostra Ilona już po kilku chwilach wiedziała, z kim ma do czynienia. „Nie zagonisz jej przed ołtarz, ona z tych wyzwolonych. Zobaczymy, co mama na nią powie”- radziła w dobrej wierze Ilona. O dziwo, cała rodzina, prócz Ilony rzecz jasna, podzielała miłość Mariusza do Oli. Była serdeczna, wiecznie uśmiechnięta i skora do pomocy. Ślub wzięli tylko cywilny, bo podobno Mariusz tak zarządził, ale Ilona wiedziała, że to sprawka Oli, która jej ukochanego brata owinęła sobie wokół palca. Poza tym ona do tego ślubu szła już z takim brzuchem, że ksiądz u nich na wsi, to by się w życiu na udzielenie sakramentu nie zgodził. Ilona pokornie czekała, aż z miastowej Oli wyjdzie jej prawdziwa natura. I jak na złość nie chciała wyjść. Po urodzeniu dziecka Ilona jeszcze bardziej gardziła Olą. Dali jakieś takie niebiblijne imię temu dziecku. Kordian?! Jak się to zdrabnia? Nie mogli dać chociaż Dariusz? Pasowałoby do Mariusza. Oni z tym małym mają wieczne problemy zdrowotne. A to jakaś grypa, a to zapalenie płuc. Typowe dziecko z miasta, chowane bez zarazków. Ola z Mariuszem i małym Kordianem odwiedzili Ilonę w ostatnią Wielkanoc. Mały Kordzik, bo tak go nazywają, już nie taki mały, bo trzyletni, odśpiewał cioci piosenkę po angielsku o kręcących się kołach w autobusie. Ilonie się to wcale nie spodobało. Niewiele z tej piosenki zrozumiała. „Ochrzciłabyś tego waszego małego, to by przestał chorować. Jaki mu wzór dajesz. Dziecko od małego musi wierzyć. A wasze dziecko? Ono ani razu jeszcze w kościele nie było” – wymsknęło się Ilonie, ot tak, bez powodu…

Najczęściej kompleksów
Dziewczyny z osiedlowego klubiku malucha co tydzień miały swój mały rytuał. Podczas gdy ich dzieciaki miały zajęcia z angielskiego, one wszystkie cztery wymykały się na ciacho do pobliskiej kawiarni. Parę razy zaprosiły na tę kawę Agatę, ale ona nigdy nie miała czasu. Zwykle wtedy ze starszym synem chodziła albo na karate, albo na szachy, albo na basen. Przerost formy nad treścią, stwierdzały zgodnie dziewczyny z klubiku. Pewnie tym dzieciom puszcza Bacha i Mozarta w domu. „Na bank ma sztuczne cycki i napompowane usta” – rzuciła z pewnością w głosie jedna z klubiku. ”Też mi się tak wydaje” – dodała druga. Pewnie mąż to wszystko finansuje. Na bank ona i te dzieci go w ogóle nie widują. Ktoś musi zarobić na te jej wszystkie luksusy” – dodała z kpiną w głosie kolejna. „A widziałyście jej figurę? Na bank jest po liposukcji. Przecież żadna normalna matka tak nie wygląda. To takie nieodpowiedzialne! Przecież to najbardziej śmiertelny ze wszystkich zabiegów upiększających” – odparła znów pierwsza matka z klubiku, mieląc w buzi ogromny kęs wuzetki, którą po kilku chwilach popiła podwójnym latte z bitą śmietaną i syropem klonowym. „A ten jej synek? Jak on mnie wkurza! Ciągle go chwali ta od angielskiego, że taki dobry i wybitny. Oni jej pewnie w łapę dają, to chwali” – dodała na koniec druga klubikowa matka, a reszta przytaknęła ze zrozumieniem. Tydzień później było przedstawienie, a po przedstawieniu poczęstunek. Ustawiły się w kącie klubikowe matki bacznie obserwując sytuacje na sali. Kiedy Agata, z promiennym uśmiechem na twarzy weszła na salę, zmierzyły ją tylko i coś do siebie wyszeptały. Agata niczym nie zrażona podeszła do loży szyderczyń i najserdeczniej jak potrafiła rzuciła: „Ależ te nasze dzieci utalentowane co?” Klubikowe mamusie kiwnęły tylko głową od niechcenia. „A pani syn to widzę, że już przejawia talent wokalny”- rzuciła Agata do pierwszej matki klubikowej. Pamiętając co ma na sumieniu, pierwsza klubikowa matka spłonęła rumieńcem i rzuciła tylko: „Ja tam wiem czy przejawia?”. Chwilę tak stały w ciszy obserwując jak ich dzieci ganiają się po sali. Druga od dłuższej chwili zbierała się w sobie by wygarnąć Agacie: „Bardzo pani faworyzuje to swoje pierwsze dziecko, ten drugi taki odtrącony. Ludzie to widzą Pani Agato, a dzieci takie rzeczy czują. Tak tylko pani mówię, żeby później się pani na starość nie zdziwiła.” Agata oniemiała. Zapomniała już, że są na świecie matki, którym czasem się wymsknie. Tak zwyczajnie… z zazdrości.

Nieważne, co nami kieruje. Każde „wymsknięcie” to narzucanie komuś swojego zdania, stylu życia, hierarchii wartości. To wchodzenie z ubłoconymi buciorami w cudze życie. Nikt na świecie nie zna lepiej tego tematu niż my, matki. O ile żyłoby się nam łatwiej, gdyby inne mamy nie wrzucały nam swoich trzech groszy do i tak już opuchniętej od tych wszystkich życiowych mądrości głowy. Wiem, że czasami robimy to w dobrej wierze, a czasami same nie wiemy, co nami kieruje. Ale w każdej z tych sytuacji najlepiej ugryźć się w język. Dla naszego dobra, dla dobra tej drugiej matki i przede wszystkim dla dobra jej dziecka. Jeśli dziecku nie dzieje się realna krzywda, to nie dorzucaj do pieca, nawet jeśli wydaje ci się, że ty „tylko” wyraziłaś swoją opinię i chciałaś przecież dobrze. Dobrymi intencjami jest piekło wybrukowane. Nie ma na świecie idealnej matki, ale każda z nas dla swojego dziecka jest ideałem. Mowa jest srebrem, a milczenie złotem. Dobrze to ktoś kiedyś obmyślił. Nie schrzańmy tego.

superstyler




Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x