Matka Polska Roszczeniowska w monodramie „Mam horom curke”

Polska to roszczeniowy kraj. Szczególnie w ostatnim czasie widać to jak na dłoni. Całe wieki dostawaliśmy w dupę, więc co i rusz oczekujemy rekompensaty za doznane krzywdy. Jednocześnie okres Polski Ludowej i ostatnie ćwierć wieku przemian wykształciły w Polsce pewną grupę quaziprzedsiębiorczych ludzi. Nie jest to warstwa, ponieważ ludzie, którzy do niej należą cechują się różnym wykształceniem, pochodzeniem, uposażeniem. Ten zbiór reprezentuje postawę roszczeniową bazującą na stwierdzeniu: „skoro żyję to mi się należy” i „cel uświęca środki”. A ponieważ za darmo to teraz nawet w ryj trudno dostać, to ludzie ci wykształcili różnego rodzaju techniki pozwalające im żerować na zdrowej tkance społecznej zapieprzającej dzień w dzień do pracy i w pocie czoła pracującej by jeżeli nawet nie poprawić statusu materialnego swojej rodziny, to chociaż zwyczajnie przeżyć od początku do końca miesiąca. Rozwijający się ciągle Internet i portale społecznościowe tylko petryfikują ten patologiczny stan. Ladies and gentleman, będę mówił po polsku – jak powiedział na rozdaniu Oskarów Andrzej Wajda – Przed Państwem Matka Polska Roszczeniowska w monodramie „Mam horom curke”.

Słowo wstępu (na niedzielę)

Przyznaję, że z subkultur jesteśmy słabi. Wiemy tyle co o ile. Skupiamy się na swoich sprawach i sprawach naszych bliskich. Razem z Martą nie należymy do mateczkowych for czy grup dyskusyjnych, gdzie można wymienić ciuszki na słoiczki, dwa rozpoczęte mleka na jedno przeterminowane, ale nieotwierane i inne takie cymesy.
Jednakże z racji blogowania i rosnącej popularności naszego bloga (tu prośba o oklaski) dostajemy coraz to więcej wiadomości różnej maści. Wśród tysięcy miłych wiadomości o tym, że nas lubicie, poprawiamy wam humor, albo dajemy motywację (wybaczcie, ale autopromocja jest ważna więc ten fragment musi być) dostajemy też sporo innych pytań. O płytki w kuchni, o tapetę w sypialni, numer szminki, numer buta, zielone warzywka przy rozszerzaniu diety i coś na ciemieniuchę u niemowlaka (załączone 16 zdjęć małego lewiatana pokrytego suto łuską na głowie). Znosimy to dzielnie, bo taka to praca, misja, zadanie. Skoro się nie podoba to było wykładać chemię w Biedronce, a nie zostawiać blogerem (z ang. „nierób” – przyp. tłum.). Ale na szczęście się podoba więc odpisujemy. Że płytki to Vives, tapeta Wallpaperdirect-dot-com, szminka to „Men Love mystery” z Maca, numer buta 40 (ma się to kopyto), zielone warzywka to groszek, szpinak, brokuł, cukinia, jarmuż, a to z łuską to należy polewać chłodną wodą, nie karmić i najlepiej bezpiecznie wypuścić do Zatoki Gdańskiej.

Wśród tych wszystkich wiadomości jakiś czas temu zaczęły nieśmiało pojawiać się też prośby. Nie mówię tu o zbiórkach organizowanych po różnych portalach na dzieci czy dorosłych dotkniętych mniej lub bardziej zjadliwą chorobą. Te w zupełności rozumiemy i często prywatnie wspieramy. Myślę tu raczej o prośbach typu „daj mi za darmo”, „oddaj, skoro nie używasz”, „ty masz pewnie dużo, to się podziel”.

Zjawisko to nieco nas zaskoczyło, głównie swoją skalą. Jakiś czas temu zadałem więc pytanie na naszej grupie na Facebooku czy znacie jakieś autentyczne historie typu „mam horom corke”, bo może to szerszy problem…
Odpisaliście.
529 komentarzy.
Matka polska roszczeniowa w pełnej krasie.
Kurtyna.

Akt 1 – Bo fantazja jest od tego, aby bawić się na całego

Jako stary leń łamany (nie złamany, żeby była jasność) na hiperprokrastynatora odłożyłem temat na wieczne zapomnienie. W życiu nie przeczytałem tak długiej książki, jak te 529 komentarzy. Sprawa nie dawała mi jednak spokoju i co dwa tygodnie budziłem się w środku nocy zlany potem przypominając sobie, że przecież obiecałem wam wpis pod warunkiem, że opiszecie znane wam historie roszczeniowych mateczek, wychowujących horom curke. Pi razy oko ponad pięciuset kobietom obiecałem coś w zamian za coś i się nie wywiązałem. Sprawa zaczęła pachnieć zapachem zwanym w perfumiarstwie amber gold, gdzie nutą głowy jest absolut obiecanek cacanek, nutą serca akord naiwność, a nutą bazy olejek śliskiego przekrętu.

Gdzieś na początku sierpnia dostaliśmy maila od jednej damy, nazwijmy ją Anią – to moje ulubione imię dla bohaterek e-afer z naszym udziałem i niech tak pozostanie. Ania napisała tak:

„Witam Was serdecznie bardzo proszę o wejście i możliwe wsparcie naszego celu będzie Nam niezmiernie miło. Dziękujemy.”

Pisownia oryginalna, a dalej link do internetowej zbiórki. Klikłem „bo blisko miałem” jak mawia kabareciarz Bałtroczyk. Pokazuje mi się zdjęcie całkiem uroczej niewiasty, która przynajmniej na pierwszy rzut oka zdaje się mieć wszystko na miejscu i być całkowicie zdrową i sprawną osobą. Oczywiście z choinki się nie urwałem i wiem, że nawet najstraszliwsze choroby czy doświadczenia niekoniecznie odbijają swoje piętno na urodzie, szczególnie młodych osób. Czytam więc opis i myślę: może nerka, może wątroba, może jakiś guz w mózgu nie daj bóg. Może wypadek komunikacyjny, może pożar, bo czasem mi się przecież śnią pożary, a może zwyczajnie oktomama tylko jakoś nie umie wypełnić wniosku 500+ by zaznać życia w luksusie za cztery koła. Żeby uczynić za dość swojej ciekawości zagłębiam się więc w lekturze opisu zbiórki.

Gały wyskoczyły mi z orbit niczym w filmie „Maska” i zacząłem ich nerwowo szukać po omacku w okolicy laptopa i pod biurkiem. Z opisu wynikało, że Ania z mężem marzy o małym domku, tak maksymalnie do 80m2, bo nie chce już mieszkać z rodzicami tylko nie ma kasy na zakup działki i postawienie tej chatki Puchatka, więc jakbyś się drogi Internauto był łaskaw szarpnąć to byłoby klawo, bo marzenia ma każdy, i Ania, i mąż Ani i ty też. Tyle wynikało opisu.

Gdy już na powrót osadziłem oczy w oczodołach co do najłatwiejszych przedsięwzięć nie należało, odpisałem Ani.

„Cześć Aniu,
nim wesprzemy Wasze marzenie chcielibyśmy dopytać: jesteście niepełnosprawni, jakoś doświadczeni przez los, macie niepełnosprawne dzieci, które uniemożliwiają Wam zwyczajną pracę zarobkową i odłożenie bądź wzięcie kredytu w banku?
pozdrawiamy
Jess i Ivan
Mcafee-euroset.ru.pl”

Czułem, że ewentualna odpowiedź to będzie niezły lot i to bardzo wysoko. A tam mało tlenu.

„Siema dziubki nie nic z tych rzeczy. Mąż stracił pracę a 3 dni temu dowiedzieliśmy się, że będziemy mieć dziecko.”

Zacząłem szukać w pamięci założeń programu MDM czyli Mieszkanie dla Młodych. Przysiągłbym, że program ten miało finansować państwo, a nie blogerzy, ale może jak zwykle coś pomyliłem.
Poza tym nie wiem jak was, ale mi zdrowy rozsądek podpowiada, że jak tracisz pracę to jej szukasz, a jak dzieciak w drodze to odkładasz hajs na wyprawkę, a nie skupujesz grunty i stawiasz pałace, nawet te skromne, 80cio metrowe. Mam horom curke w pełnej okazałości.

Akt II – Głos Ludu

Zszedłem do krypty. Ziąb wrześniowego, mglistego poranka dawał się we znaki. W przepastnym archiwum bractwa superstylerowego odszukałem wiekowy pergamin z wątkiem o roszczeniowych mateczkach. 529 wpisów pisanych gotykiem. W rytm Decade Of Therion Behemotha czyli popularnej piosnki chłopstwa i pospólstwa zwanej tradycyjnie „Kaką Demona” począłem czytać owe szatańskie wersety przysiadłszy na wilgotnym od kapiącej ze sklepienia wody, modlitewniku. Obok mnie w trumnach leżał cały Gang Świeżaków. Kolejno brokuł, marchew, grzyb i pozostali.
Obudziłem się znowu zlany potem.
Muszę przeczytać te komentarze i jakoś to wszystko wam opisać.
Przecież nie mogę pominąć głosu ludu i olać waszej pracy i poświęcenia.

Akt III – Mam horom curke świeżaki dacie nam?

Genialny w swej prostocie tekst „mam horom curke” wzięty jest ponoć z serwisu ogłoszeniowego OLX gdzie pojawia się w różnych formach i modyfikacjach jako próba wyłudzenia sprzedawanych przedmiotów za darmo lub po obniżonej cenie od sprzedających (niestety, wpisanie w wyszukiwarkę „hora curka oryginał” na 99% nie da wam oczekiwanych rezultatów, bowiem oryginalny wpis został zagubiony pośród tysięcy pretendujących do miana pierwszego). Ale jest też kilka innych sposobów, które przytoczyliście w swoich komentarzach. Przebrnąłem przez nie wszystkie. Tu muszę nadmienić, że dość mocno rozbolała mnie od tego wszystkiego głowa i jeżeli to nie glejak lub wylew, to zwyczajnie muszę napić się ciepłej wódki.

Nim się jednak napiję streszczę wam najczęściej spotykane sposoby i manipulacje roszczeniowych mamusiek, tatuśków i okołorodzicielskie przekręty jakie podaliście w swoich przykładach, a taktyk na horom curke jest całkiem sporo. Sposób pierwszy „na samotną matkę” czyli daj mi miejsce w przedszkolu, bo mi się należy. A w domu czeka „Partner” nazywany pieszczotliwie przez dziecko wujkiem – Matka polska roszczeniowa w najczystszej postaci. Sposób drugi „na koleżankę w trudnej sytuacji” – oddaj mi ubranka po dziecku bo moja koleżanka ma ciężką sytuację, jest w ciąży, urodziła, albo już ma piątkę dzieci więc potrzebuje pomocy, a ciebie stać to możesz oddać. Tu ciekawostką jest to, że zawsze jest jakaś koleżanka, co zapewne ma ułatwić wyłudzenie, no bo przecież to nie dla mnie, a ja się jeszcze poświęcam i szukam dla niej pomocy. Także skala dobra wyjebana praktycznie w kosmos i żal nie pomóc. Potem jak masz fart znajdziesz te ubranka w serwisie ogłoszeniowym albo aukcyjnym. Kolejny sposób „na piątkę dzieci” aka „wielodzietność”. Tu jest prosto i banalnie jak banalne jest włamanie z użyciem łomu – mam piątkę dzieci, więc mi ciężko także spuść z ceny albo daj za darmo. Jest też sposób na „znalazłam taniej” więc sprzedaj mi za tyle, ile ci powiem – stary, dobry szantaż tak zwanych Ivanuszy Biznesu. Sposób na „dziś” czyli już stoję w blokach i mogę po to zaraz przyjechać, ale nie za darmo. Tu liczy się czas. Kupią od ciebie jeszcze dziś, ale za mniej, niż sobie życzysz. Inny sposób to sposób na pseudo biedę – daj mi bo nie mam i jestem biedna. A potem delikwentka przyjeżdża po to dobrym autem i porządnie ubrana bo inaczej „byście mi tego nie oddali”. Jest też sposób na nakłonienie np. „Czy można jakoś prawnie nakłonić sąsiadów do rezygnacji z WiFi bo jestem w ciąży i czytałam, że to szkodzi.”

Jest sposób na wirtualne niepełnosprawne dziecko – czyli wymawianie się rzekomą niepełnosprawnością i sposób na prawdziwe niepełnosprawne dziecko, którego niepełnosprawność ma doprowadzić rodziców do ustawienia się na całe życie, luksusu i dostatku.

W historiach, które opisałyście są też takie, które nadają się może nie na film, ale na odcinek „Trudnych spraw” z całą pewnością. Są to długie, wielowątkowe historie z misternie utkaną intrygą, która ma na celu wyłudzenie przedmiotów lub pieniędzy i które ciągną się tygodniami a nawet miesiącami.

Czy można jakoś temu zaradzić? Tak! Róbcie tak jak my. Bądźcie czujni, nie poddawajcie się emocjom. Sprawdzajcie. Pomagajcie, ale rozważnie. Jest masa fundacji, które skutecznie pomagają potrzebującym. Korzystajcie z nich. To co prawda pośrednicy, ale dzięki temu lepiej znają potrzeby swoich podopiecznych i mogą skuteczniej i racjonalniej spożytkować przekazane im środki. Oczywiście i tu nie ma gwarancji, bo już byli tacy, którym karta kredytowa fundacji myliła się z prywatną, ale wpadek nie da się uniknąć i nie myli się tylko ten, kto nic nie robi.
Jeżeli pomagacie komuś bezpośrednio, to postarajcie się zgłębić problem, poznać ludzi. My mamy BabcięSamoZło, która mieszka na Mazurach, a tam nie brakuje osób, którym trzeba pomóc. Babcia ich zna i to jej przekazujemy masę rzeczy po naszych dzieciach czy po nas. Potem niekiedy spotykamy kogoś kto ma coś co do nas należało. To miłe, że ktoś jeszcze z tego ma pożytek. Pomijam, że jest to również ekologiczne rozwiązanie.

Dostaliśmy też jedną wiadomość, o której chciałbym wspomnieć poza kolejnością, bo warta jest odnotowania. Przytaczam w całości, bo daje do myślenia.

„Siema siema. W głowie cały czas mam Twój post dotyczący roszczeniowych matek. Nie chcę komentować tego na forum nie mam czasu na dyskusje. Opowiem swoją historię: 6 lat razem ponad 5 lat mieszkaliśmy wspólnie. I nagle pojawa się Małolata w czerwcu a termin porodu mojej Niuni na lipiec. Super ekstra ale serio świat sie wali gorzej wracam do domu „z brzuchem”. Porażka dziecko którego tak pragnelismy jest konsekwencją miłości która ze strony ojca dziecka poprostu się skończyła. Nie chce opisywać tego co czułam przejde do sedna: ja miałam rodziców którzy mnie mega wpsierali i wspieraja ale uważam że jak ktoś jest w potrzebie (dziecko rośnie a ja nie mam np ubrań, czy nie stać mnie poprostu na zabawki) i ma odwage poprosić o pomoc- to kłaniam się nisko. Wiem jak ciężko prosić o pomoc przeszłam przez to wstyd się przyznać ale ja całą nienawiść za to co mnie spotkało przelalam na brak zainteresowania córką. Nie chcialam się Nią zajmować- poprosilam o pomoc i odbudowywałam „poprawne” relacje z dzieckiem. I myślę sobie pojedziesz po bandzie po tych matkach co się proszą- wiem większość z nich to patologia ale może gdzieś jest ktoś kto naprawde jest w potrzebie a nabijanie się z tego tematu odciągnie daną osobę od poproszenia o cokolwiek. Bycie samotną matką jest poprostu ciężkie- zazdroszczę Tobie i zazdroszcze każdej napotkaniej kobiecie która wychowuje dzieci z partnerem.”

A teraz na kolejnych stronach wybór najlepszych przypadków, jakie napisaliście w komentarzach, związanych z mam horom curke i nie tylko. Enjoy!
Jeżeli znacie inne tego typu historie albo macie przemyślenia na ten temat piszcie proszę w komentarzach.

roszczeniowe matki




женский возбудитель в каплях

все про левитру

xn--e1agzba9f.com
Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x