O tym, jak dzieci spełniają marzenia

Dzieciństwo mieliśmy z Martą podobne. W domu się nie przelewało. Nie było mowy o jakiś ekstrawagancjach dla dzieci. Poza zasięgiem mojej Mamy była Wyspa Piratów Lego, o której z wypiekami na twarzy marzyłem. Owszem, dostałem takich dwóch piratów w małej łódce z armatą i była też bezludna wyspa z piratem, który miał pecha na niej wylądować. Ale Wyspa Piratów i ich wielki Galeon były absolutnie poza zasięgiem finansowym mojej rodziny.

Mama z trudem wiązała koniec z końcem spełniając rolę zarazem mamy, jak i trochę taty, bo rodzice byli rozwiedzeni i ojciec z nami nie mieszkał. Przy okazji była też pielęgniarką dla schorowanych dziadków. Dziadek miał Alzheimera co na początku lat dziewięćdziesiątych nazywano jeszcze demencją i tylko najlepsi specjaliści od psychiatrii potrafili to nieśmiało diagnozować jako tę nową, okrutną chorobę. Tych z was, którzy kojarzą jej nazwę z sympatycznymi staruszkami zapominającymi drogi do domu pragnę uświadomić, że ten sam sympatyczny staruszek w ciągu 15 minut potrafił zamienić się w gościa ganiającego nas z nożem po domu, by za kolejne pół godziny już kompletnie niczego nie pamiętać i popaść w otępienie. Tak… noże i inne tego typu atrakcje były u nas pochowane przed dziadkiem. Koniec tej choroby wygląda dokładnie tak samo jak początek życia naszych dzieci. Tylko jest smutny, a nie wesoły i „niemowlę” waży dwadzieścia razy tyle co przeciętny noworodek. No i pieluchy ma sporo większe, a wzrok jego jest tępy, szary, matowy…

Babcia za to miała wszystkie choroby świata, dwa zawały, cukrzycę, wieńcówkę i depresję, którą akurat w jej wypadku nazwałbym raczej skrajnym egocentryzmem zmiksowanym z hipochondrią i niezrealizowanymi aspiracjami. Z opisu wynika, że była całkiem chorą osobą, ale nie dajcie się zwieść. Takie trzeszczące i łamliwe drzewa żyją najdłużej i babcia przeżyła kolejno i dziadka, i swoją córkę, a moją Mamę, umierając miesiąc przed swoimi 90tymi urodzinami. Co ciekawe, od mniej więcej czterdziestego roku swojego życia, gdy zdiagnozowano u niej cukrzycę, marzyła o śmierci i umierała regularnie co tydzień, więc z rachunku wynika, że na spełnienie niektórych marzeń los każe nam wyjątkowo długo poczekać. Babcia czekała 50 lat bez jednego miesiąca. Ten jeden miesiąc odbieram jako prztyczek dziejowy od losu, będący karą za jej podły charakter.

Wróćmy jednak do moich marzeń, które były jednak z goła odmienne od marzenia babci o położeniu się do trumny. Prócz Lego uwielbiałem ludziki G.J. Joe. Miałem jednego spadochroniarza z prawdziwym spadochronem, gościa z obrotówką, typa z linką zakończoną kotwicą i kilkunastu innych komandosów-najemników, którzy, gdyby tylko mogli ożyć, zabili by każdego, kto tylko wszedłby im w drogę. Na szczęście byli mali, z plastyku i mieli nitowane stawy. Niemniej nie zliczę, ile razy spadochroniarz musiał wylecieć z okna mojego pokoju zaliczając twarde lądowanie w klombie z różami Mamy w naszym ogrodzie. W tym czasie najemnik z liną i kotwicą musiał mozolnie wspinać się po elewacji naszego domu, by odbić czekoladki schowane w kuchni, bo przecież obiad więc „nie będziesz się przed obiadem najadał słodyczami”. Gość z obrotówką miał jeszcze trudniejsze zadanie, bo musiał celować w babcię stojącą nad garem wrzącego rosołu. Jaka babcia była pisałem już wyżej, więc nie będę wam tłumaczył, jak trudna to była misja, o wiele mówiącym kryptonimie „Nieuchwtny cel”.

Niestety mój ból małej dziecięcej dupki polegał na tym, że nie miałem ani jednego pojazdu z G.I. Joe. Nie miałem, bo były drogie, a przecież podręczniki i przybory do szkoły trzeba kupić, nowy plecak, ubrania i buty na zimę, bo ze starych wyrosłem. Szedłem wtedy do piwnicy, znajdowałem te stare buty i starałem się pokazać Mamie, że skoro sezon wcześniej miałem w czubkach palców watę, to w tym sezonie będą jak znalazł. Oczywiście nie były. Idealne były w środku lata, ale wtedy nikt nie nosi śniegowców.

Którejś wigilii dostałem nawet samochód zdalnie sterowany, a musicie wiedzieć, że modelarstwo, a szczególnie to RC czyli wszystko co zdalnie sterowane, niezwykle mnie w dzieciństwie jarało. Niestety model jeździł tylko prosto do przodu, a do tyłu skręcał w lewo jakby był przetrącony. Niby się uciszyłem, ale tak naprawdę strasznie zawiodłem, bo marzyłem o takim modelu, który skręca normalnie, i w prawo, i w lewo. Te jednak były dużo droższe.

W ogóle jakbym miał podzielić swoje życie na okresy zajawek, to choć było ich wiele, wyróżniłbym szczególnie dwie. Do okresu dojrzewania modele, a potem to już cycki.

O ile drugie udało mi się z powodzeniem zrealizować (Kochanie – pozdrawiam! :*) o tyle z tymi zdalnie sterowanymi modelami zdecydowanie w dzieciństwie mi się nie powiodło, przede wszystkim z powodu braku wspomnianej już kasy.

Na szczęście życie bywa przewrotne, czasami dzieją się cuda i wiele rzeczy można nadrobić. Otóż właścicielka mojej obecnej zajawki, czyli cycków, powiła mi szczęśliwie dwóch synów. Nie żebym miał coś przeciwko córce, ale jak już pisałem wielokrotnie, syn daje zdecydowanie większe pole do popisu tatusiowi. Otóż dzięki moim dzieciom mogę absolutnie bezkarnie, w majestacie prawa stanowionego w naszym domu przez moją małżonkę, realizować różne swoje niezrealizowane z dzieciństwa marzenia. Wszystko oczywiście pod absolutnie poważną egidą rozwijania pasji moich dzieci, innych niż durne animacje na YouTube.

Trochę w tym realizowania marzeń z dzieciństwa, które jakoś dziwnym trafem ostały się do dziś. Trochę oczywiście autentycznej troski i chęcią sprawienia przyjemności własnym synom. No dobra, jednemu synowi. Drugi, póki co, przejawia tę samą pasję do piersi, co ja, choć różnią nas cele.

Koniec końców w wieku 34 lat mogę wreszcie spełniać po kolei wszystkie niedokonane marzenia z dzieciństwa, sprawiając jednocześnie ogromną przyjemność moim dzieciom. Zresztą co ja tu będę pieprzył wam pierdoły – konkretnie dzisiaj wjechał na kwadrat nowiuśki model z napędem 4×4 w skali 1:12. Jeździ 50km/h i ma takie amortyzatory, że z wrażenia aż Vectroza się zawstydziła i wylądowała w warsztacie z rozjebaną turbosprężarką. Swoją drogą nie wierzę, że w tym aucie cokolwiek może mieć przedrostek TURBO, ale nic to. Do modelu, bo przecież nie to Vectrozy, dokupiliśmy cztery pakiety (baterie) bo zabawa trwa tylko 15 minut na jednym komplecie – tyle to żre prądu. Ale to nadal nic, bo z Chin leci do nas właśnie model motorówki godny Policjantów z Miami. Razem z Mieciem mamy już chytry plan zastania mokotowskimi piratami, z siedzibą nad akwenem na Polu Mokotowskim. Motorówka według chińskiego producenta ma być jeszcze szybsza niż nasza fura, choć bierzemy z Mieciem pod uwagę, że to są jednak chińskie kilometry na godzinę, czyli dobrze jak w ogóle odbije od brzegu. Kij z tym! Somalijscy piraci też pływają na byle gównie, a sukcesów w porwaniach i wymuszeniach nie można im odmówić.

A wspominałem wam już o dronie? Nieważne… kiedy indziej bo będzie za długie i nie przeczytacie.

Teraz czas na zakończenie wpisu, który zacnie, po blogersku, urwie wam wasze dupy w stylu Coelho łamanego na polskiego coacha od sprzedaży garnków emerytom i rencistom.

Miejcie marzenia, pielęgnujcie je i dążcie konsekwentnie do ich realizacji. O ile nie są one połączone jakość ściśle z wiekiem czy zdrowiem, a większość nie jest, zawsze jest czas na ich realizację, choć z boku można niekiedy wyglądać kuriozalnie. Jak chociażby stary dziad w sportowym kabriolecie obracający laskę w wieku własne wnuczki z pierwszego małżeństwa. Ok, tu troszkę wyszły ze mnie kompleksy także wybaczcie. Taką wnuczkę nawet mam pod bokiem, tylko ten sportowy kabriolet uwiera mnie w tę moją Vectrozę. Tak czy inaczej cieszcie się tym, że powoli realizujecie te swoje marzenia. Jarajcie się nie tylko tym, że je spełniacie, ale również samą drogą do nich. Niekiedy długą, krętą, nieprzewidzianą. To nic, że tym zdalnie sterowanym autem nie ucieszę się już tak, jakbym to zrobił mając lat 10 czy 15. Zajaram się czymś innym i to nie będzie tylko szczęście Miecia, który przy rozpakowywaniu musiał dwa razy z wrażenia biegać na nocnik. To będzie droga jaką musiałem przejść by ten błahy bądź co bądź cel, osiągnąć. To będzie również chwila, moment i otoczenie w jakim ten cel osiągnąłem. Zaraz pójdę po dobrą IPĘ, schłodzę ją porządnie, tak jak lubię, otworzę, przeleję do szklanki i spojrzę na to chińskie auto dla dzieci powyżej 14 roku życia (poważnie, tak jest napisane – to porządny sprzęt także nie drzyjcie łacha). Pomyślę o tym, że moi koledzy takie mieli w dzieciństwie, a ja nie. Że to ogromne szczęście, że moje dzieci żyją w takich czasach, że ich rodziców stać na taką zabawkę choć mojej Mamy nie było. Że to fajnie, że nie zgubiłem w sobie jednak tego dziecka, bo sam dziś z wrażenia podczas rozpakowywania też musiałem pobiec raz na stronę. Pomyślę też o mojej ukochanej Żonie. Że to wielkie szczęście, że urodziła nam dwóch wspaniałych chłopców, przy których ja też mogę być znowu chłopcem. I że ma totalnie przejebane, mając trójkę dzieci po jednym dachem… 🙂 🙂 🙂

marzenia z dzieciństwa




камагра голд инструкция по применению

женская виагра

ссылка xn--e1agzba9f.com
Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x