Szczepienia po naszemu

Bardzo często pytacie nas o szczepienia naszych chłopaków. Czy szczepimy, na co szczepimy i które szczepionki wybieramy? Czym się kierujemy podejmując takie, a nie inne decyzje oraz o to, czy się nie boimy? Na ostatnie odpowiadam już na wstępie – tak, boimy się groźnych chorób zakaźnych, dlatego właśnie szczepimy nasze dzieci, które z racji wieku i otoczenia w jakim przebywają – czytaj kontaktu z innymi dziećmi – są na nie szczególnie podatne. Ale skąd w ogóle pomysł, żeby się szczepić? No to po kolei…

Jak to drzewiej było…

Naszych rodziców szczepiono, nas szczepiono. Przecież nawet mój ukochany pies z dzieciństwa musiał być zaszczepiony na wściekliznę, a po urodzeniu także na nosówkę i to trzydzieści kilka lat temu, gdy standardy higieny i epidemiologii były zupełnie inne. Pamiętam jak z dziadkiem Mietkiem (już wiecie skąd to imię w naszej rodzinie) chodziłem regularnie co roku szczepić naszego psa Reda – pięknego owczarka niemieckiego. Pamiętam też jak szczepiono nas w podstawówce, hurtem, jednego dzieciaka po drugim. Pamiętam kumpla Miśka. Zabijaka jakich mało. Tłukł się z każdym, ale tuż przed szczepieniem musiała go trzymać lekarka, higienistka i jeszcze dwie nauczycielki – tak się wyrywał. Chłopak nie przepadał za igłą, a reszta klasy miała ubaw. Na biologii pani mówiła o szczepionkach i antybiotykach, że potrzebne, skuteczne i ratują zdrowie i życie. To samo powtórzyli mi w liceum. O studiach już nawet nie wspomnę. Kilka znamienitych wydziałów Uniwersytetu Warszawskiego, na których miałem przyjemność studiować mieściło się przy ulicy Pasteura. Wiedza jaką tam zdobyłem była tożsama z osiągnięciami tego wybitnego uczonego. Tym samym było dla mnie oczywiste, że moje dzieci też będą szczepione, szczególnie, że w późnym wieku i wyjątkowo boleśnie przeszedłem i ospę, i świnkę. Własnym dzieciom postanowiłem tego oszczędzić.

Jesteś pewien?

Żyjemy w czasach, które pałają uwielbieniem do kontestowania wszystkiego i wszystkich. Dawni bohaterowie są nic nie warci. Obecni, acz nic nie warci, lansowani są na bohaterów. Pewna i ugruntowana wiedza okazuje się być fałszywa, a rację ma ten, kto staje w opozycji. Kiedyś by go wyśmiano od głupków, jednak dziś ma szansę stać się idolem. Byle mówił to, co chcemy usłyszeć. Ponoć zwolenników teorii o tym, że Ziemia jest płaska ciągle przybywa. Smutne.

Z drugiej strony kochamy dzielić włos na czworo, szczególnie w kontekście dzieci. Bledniemy i zlewa nas zimny pot na samą myśl, że moglibyśmy coś przegapić, czegoś nie dopatrzyć. Proste i oczywiste kwestie związane z życiem i rozwojem naszego dziecka nagle wymagają specjalistycznych konsultacji i to na kilku szczeblach, mimo że pacjent jest przecież zdrowy i rozwija się prawidłowo. Czy to karmienie piersią, czy rozwój ruchowy, czy wreszcie banalne infekcje wieku dziecięcego. Najdrobniejsza kwestia życia naszego bobasa musi być rozłożona na części pierwsze. Z jednej strony to dobrze, ponieważ troska jest wskazana, a mając do dyspozycji tylu wspaniałych specjalistów, dostępnych w dodatku bez kolejek, za mniejszą czy większą opłatą oraz tak fantastyczny sprzęt, jaki jeszcze niedawno dostępny był wyłącznie dla astronautów w NASA, żal nie skorzystać. Z drugiej strony, jak powiedział nam pół żartem, pół serio, jeden z najlepszych warszawskich ginekologów specjalizujących się w USG płodu badając nienarodzonego Mieczysława – „Wszystko jest dobrze i nie będziemy dalej szukać, bo jeszcze coś znajdziemy. W końcu nie ma ludzi zdrowych – są tylko niezdiagnozowani.” I to chyba jest klucz do szczęśliwego i spokojnego życia w dzisiejszych czasach, gdy dostęp do wiedzy jest tak łatwy: być na tyle dociekliwym na ile trzeba, by się dowiedzieć, ale umieć odpuścić w takim momencie, by nie popaść w paranoję. Rodzice często mają z tym problem.

Radź się tych, którzy sobie dobrze radzą

Wiedzieliśmy, że szczepić będziemy. Pytanie było tylko czym i na co. Czy szczepionkami bezpłatnymi czy płatnymi? Czy skojarzonymi, czy pojedynczo? Rodzice-naukowcy zaszczepili we mnie dwie cechy związane ze zbieraniem informacji na zadany temat. Po pierwsze radź się specjalistów w swoich dziedzinach, po drugie niech ta próba będzie jak największa. Czyli nie pytaj jednego fachowca, ale postaraj się zweryfikować to, co mówi ten pierwszy u innego. To prosta, oczywista i świetna metoda. Sprawdzi się i przy remoncie, naprawie auta i leczeniu raka. Człowiek jest omylny, nie zawsze się zna, nie zawsze ma aktualną wiedze. Wiedziałem, że nasze decyzje o szczepieniu dzieci warto skonsultować z jak największą ilością lekarzy, którzy byli w naszym otoczeniu. Pierwszy pytanie o szczepienia powędrowało do lekarza prowadzącego ciążę Marty z Mieciem. Doktor Tadeusz uśmiechnął się pod nosem i powiedział tylko: „Szczepić! A pan sobie zapisze nazwisko – Feleszko i znajdzie wywiad w Gazecie.” Zapisałem, znalazłem, przeczytałem. Doktor habilitowany nauk medycznych, pediatra, immunolog. Drugie „szczepić”. Dalej postanowiliśmy, że powiększmy tę próbę o lekarzy ze szkoły rodzenia, na którą chodziliśmy myśląc, że Miecio przyjdzie na świat siłami natury. Jedne zajęcia były z Panią Docent, kierowniczką Oddziału Neonatologii naszego szpitala. – Pani Docent, czy szczepić? – pytam. – Oczywiście, że szczepić! – odpowiedziała.

Wiem jednak, że teraz jak człowiek ma kasę, to może kupić sobie cuda na kiju. Skrzętnie wykorzystują to między innymi firmy farmaceutyczne. Oferują magnez, po którym się uspokoisz i małą tabletkę, po której dogodzisz nie raz i niejednej… Sęk w tym, żeby z gąszczu marketingowego bełkotu jaki pojawia się w reklamach i ulotkach szczepionek, wyciągnąć najpotrzebniejsze informacje niezbędne do podjęcia mądrej i rozważnej decyzji.

– Pani Docent, wiemy, że szczepić, ale na co? Bo z tego co widzę w reklamach, to dziś należy szczepić na wszystko, a podskórnie czuję, że tak nie jest.

– Ja zalecam, prócz szczepień podstawowych, szczepienie na pneumokoki i meningokoki. Rotawirusy też można, ale dwa pierwsze są najważniejsze.

Kolejnym lekarzem, z którym zweryfikowaliśmy te informacje była pediatra prowadząca naszych chłopców, która tylko potwierdziła informacje przekazane przez pozostałych lekarzy.

Ostatnim szczeblem była świetna znajoma rodziny, pediatra z ponad trzydziestoletnim stażem, która była lekarzem zarówno Marty jak i jej brata, gdy byli dziećmi. Wiedzieliśmy, że możemy na nią liczyć również przy Mieciu, a teraz i przy Zyziu. I ona nie powiedziała niczego, czego byśmy nie usłyszeli wcześniej od pozostałych lekarzy. Uznaliśmy, że taka próba jest wystarczająca i tylu specjalistów zwyczajnie nie może się mylić, w tej bądź co bądź i tak prostej oraz oczywistej sprawie.

Czym szczepić, a raczej skąd brać na to hajs

Pierwsze szczepienia poza szpitalem. Trzeba podjąć decyzję, ile będzie wkłuć. Wiadomo – chcemy jak najmniej. Musimy wybrać zatem płatne szczepienia szczepionkami skojarzonymi. Liczymy, dodajemy, sumujemy. Trudno, bezpieczeństwo naszego dziecka jest ważniejsze niż wakacje w ciepłych krajach. To dlatego kupiliśmy duże auto z pewnego źródła, to dlatego nasze dzieci zawsze jeżdżą w fotelikach tyłem do kierunku jazdy. Wiem, że to trudne, niekiedy wręcz dramatyczne finansowo decyzje, ale szczepiąc dziecko robisz dobrze i jemu, i sobie, i innym. Ono otrzymuje odporność, czyli bezpieczeństwo, ty wiesz, że zrobiłeś wszystko by to bezpieczeństwo zapewnić, a inni się nie zarażą. Tak, wiem. Zawsze kilka procent ludzi tej odporności nie otrzyma. Taki lajf. Dlatego tak ważne by wyszczepialność była jak najwyższa. Bezpieczeństwo i odporność skutecznie zaszczepionej większości, gwarantuje bezpieczeństwo tym kilku procentom bez odporności i niezaszczepionym. To trochę jak z podatkami. Płacąc je zrzucasz się na dobra wspólne również dla tych, którzy ich nie płacą. Niekoniecznie sprawiedliwe, ale chwalebne i słuszne. A dobro ponoć powraca.

Mnie na to nie szczepili

Najwięcej kosztowały nas szczepionki na meningokoki i pneumokoki. Ich ceny przeliczałem na różne dobra, jakie mógłbym sobie w zamian kupić. Aż któregoś dnia mieliśmy nagranie i sesję zdjęciową u naszego kolegi. Kolega z kolei miał córkę, a córka chodziła do przedszkola.

– Szczepicie Miecia na te wszystkie „koki”? – pyta kolega. Mówimy, że tak, a czemu?

– To dobrze, bo u Zuzi w przedszkolu miesiąc temu zmarł chłopiec na sepsę. Masakra. Całe przedszkole było odkażane chlorem i ozonem, a kadra z psychologiem przeprowadziła rozmowę z dziećmi o śmierci ich kolegi.

Wtedy zrozumiałem niemal namacalnie jak dobrą decyzję podjęliśmy szczepiąc naszych chłopców.

To, że nas nie szczepiono na coś nie oznacza, że nie warto się na to zaszczepić. Argument o tym, że przecież czegoś tam nie mieliśmy w dzieciństwie, a żyjemy, jest nadużywany i często stosowany w niewłaściwych momentach. Porównajcie śmiertelność niemowląt w Polsce, gdy my się rodziliśmy i dziś (1980- 25,5 zgonów na 1000, 2008 – 5,6 zgonów na 1000), albo chociaż średnią długość życia ludzi w naszym kraju (1980 – 70,1 lat, 2015 – 78,2 lat). I niech te wskaźniki będą najlepszym argumentem, że nasz kraj zmierza w zakresie zdrowia, medycyny i higieny w dobrym kierunku. Oczywiście za wolno, dlatego warto sobie pomóc.

Zygmunt

Zyzio ze szczepieniami miał o tyle dobrze, że wiedzieliśmy co i jak, mając wiedzę zdobytą przy Mieciu. Początkowo ucieszyliśmy się również z informacji, że Zyziowi będzie przysługiwała darmowa szczepionka na pneumokoki. Dopiero u lekarza okazało się, że owszem, przysługuje nam, ale dziesięciowalnetna – skuteczna na 10 „odmian” pneumokoków. Lepsza, trzynastowalentna – działająca na trzynaście „odmian” jest płatna. Cóż, kiedyś idąc do lekarza trzeba było mieć książeczkę zdrowia. Dziś ważniejsza jest karta kredytowa. Kompletnie marginalne, ale dla mnie jako rodzica ważne, jest też to, że Zyzio dostał dokładnie takie samo zabezpieczenie jak Miecio. A nawet ciut większe, bo Zyzio z racji posiadania starszego i wtedy jeszcze żłobkowego brata, otrzymał dodatkowo szczepionkę na rotawirusy. Zdrowie moich dzieci nie ma dla mnie ceny, a leczenie jest zawsze droższe niż profilaktyka.

Nie boicie się powikłań?

Pewnie, że się boimy. Ale jeszcze bardziej boimy się niedopatrzenia albo zaniechania. A już najbardziej boimy się głupoty, ale to temat na osobny wpis. Miecio nigdy nie miał żadnych powikłań prócz, dwukrotnie chyba, stanu podgorączkowego. Zygmunt, póki co, nie miewa nawet stanów podgorączkowych. Zawsze przed szczepieniem jest gruntownie badany. Ile razy przesuwaliśmy szczepienie ze względu na przeziębienie albo zbyt krótki czas po chorobie wiemy tylko my i panie Pielęgniarki odbierające telefony w recepcji naszej przychodni. Po szczepieniu obowiązkowo zostajemy pół godziny w przychodni, a potem przez kolejną dobę lub dwie bacznie obserwujemy dziecko.

Nasza misja

Z dziećmi to trochę dla nas taka misja. Myślę, że macie podobnie. Jako rodzice staramy się wyposażyć je w cały wachlarz cech i umiejętności, a niekiedy i pewien stan posiadania, by mogły sobie sprawnie poradzić w życiu. Tulimy je, pielęgnujemy, karmimy, zapewniamy dach nad głową, kształcimy, chronimy przed złem i pomagamy im w największych opałach by wyrosły na wspaniałych i szczęśliwych ludzi.

Pewne rzeczy są nieuniknione, innych można uniknąć. Są też rzeczy nieodwracalne. Zadbajmy o to, by te nieodwracalne nigdy naszych dzieci nie spotykały.

szczepienia

читать далее

diplom-ry.com

dopingman.com.ua/tabletirovannyie-steroidyi/oksandrolon/oxandrolon.html
Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x