34 lata czekania na idealne Święta

Tak więc u Taty na Wigilii z prezentami wszyscy mieli fajnie, tylko nie ja. Kiedy kuzyn dostał wieżę hi-fi, kuzynka wymarzoną lalkę, która sikała na zawołanie, ja rozpakowywałem dwa kolejne tomy sześciotomowej encyklopedii PWN. A Mazowiecki na to patrzył… Tom trzeci dał mi niezbędną wiedzę na temat haseł od litery od „I” do „Ł”, a tom czwarty oświecił mnie na temat haseł na litery od „M” do „P”. Tym samym już wiedziałem, że o ile wydawnictwo nie pospieszy się z wydaniem kolejnych tomów, cobym mógł je otrzymać na urodziny w maju albo imieniny w czerwcu, to najdalej w następne Święta mogę liczyć na tom piąty i szósty wyczerpujące wreszcie alfabet. Fantastyczna perspektywa. Cóż, Tata wychodził zawsze z założenia, że prezent ma uszczęśliwiać obdarowującego, a nie obdarowywanego.

Mama zawsze się starała, tyle że najczęściej wiedziałem co dostanę. Nie było mowy o niespodziance. Najlepsza była za to Babcia, z którą mieszkaliśmy razem z Mamą. Pamiętam, że nigdy nie była zadowolona z tego co dostała. Zawsze było to samo pierdolenie: „I po co mi to Hania kupiłaś? Kupuje tylko byle co, a potem nie ma na gaz!” Cóż, całoroczną misją mojej drugiej Babci było zebranie pieniędzy na zimowy okres grzewczy i tym starowinka żyła od wiosny do zimy. Prócz tego, jak sami widzicie, była wiecznie niezadowoloną i nieustannie gderającą starszą panią. Z wigilijnych zalet trzeba jej oddać, że robiła przezajebistego podgrzybka i śledzia w cieście, fantastyczny barszcz czerwony oraz najlepsze na świecie uszka i pierogi. No i każde Święta miały być jej ostatnimi. A przeżyła o cztery lata moją Mamę.

U Taty z kolei były nieśmiertelne kluski z makiem, których nie cierpiałem, ale spróbować było trzeba.

Do tego uroczego całokształtu moich wigilijnych wspomnień dochodzą występy. Otóż mały Jaś był dzieckiem całkiem utalentowanym aktorsko, więc co i rusz wygrywałem jakieś konkursy recytatorskie, krasomówcze i inne podobne. Nie było chyba Wigilii u Ojca, żebym po kolacji, a przed rozdaniem prezentów, nie musiał zaliczyć obowiązkowego występu z aktualnym repertuarem. Jak nie „Kwiaty polskie” Tuwima, to „Pieśń o suce” Jesienina. O ile to pierwsze było nawet śmieszne, gdy recytowałem fragmenty opisujące przedwojenną Warszawę, o tyle to drugie było takim poetyckim urywaczem dupy, że trzeba być kretynem, żeby recytować, to na rodzinnej Wigilii. Ja musiałem.

Rankiem pod żytnim brogiem
Gdzie się złocą rogoże w rząd,
Oszczeniła się suka siedmiorgiem
Siedmiorgiem rudych psiąt.

Do wieczora czule je pieściła,
Przygładzała językiem sierść,
I spod brzucha ciepłego spływał
Podtajały, ogrzany śnieg.

Wieczorem zaś, kiedy kury
Siadają na grzędę w sznur,
Wyszedł gospodarz ponury,
Wszystkie siedem powsadzał w wór

Po zaspach suka biegała
I śpieszyła tuż za nim w ślad,
I tak długo, tak długo drżała
Wody niezmarzłej gładź.

A gdy ledwo wlokła się z powrotem,
Zlizując z boków swych pot,
Wydał jej się miesiąc za płotem
Jednym z siedmiorga psiąt.

Dźwięcznie niebiosom sinym
Skowycząc zwierzała ból,
A księżyc-młodzik płynął,
Skrył się za pagór śród pól.

I głucho, jak w datku żebraczym,
Gdy rzucą jej kamień na śmiech
Potoczyły się oczy sobacze
Złocistymi gwiazdami w śnieg.

Sergiusz Jesienin
przekład Seweryn Pollak

Pamiętam, że na potrzeby tego numeru opanowałem do perfekcji drżący głos i takie mikro skurcze brody, które ma każdy, nim się rozpłacze. No… to pewnie teraz żałujecie, że nie było was na tych naszych wigilijnych imprezach…




Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x