Kim byśmy byli gdyby nie blog. Zawody z naszych marzeń.

Ivanek

Szambiarz. Nie myślcie, że to tania prowokacja. Przez pierwsze 25 lat życia mieszkałem w domu jednorodzinnym w dzielnicy Włochy, w Warszawie. W latach 80tych nikt tam nie miał kanalizacji. Wszyscy za to mieli szamba. Mieliśmy i my. Kąpiele w wannie tylko w wodzie do kostek. Póki mieliśmy szambo moje dziecięce oczy nie widziały pełnej wanny. Kiedyś u Taty na Mokotowie napuścili mi pełną wannę wody to nie wiedziałem co to jest. Bałem się głębokości, tego, że się utopię, chciałem uciec przez balkon. Przez to szambo w domu rodzinnym, do momentu położenia w ulicy kanalizacji, czyli gdzieś do 1996 albo 1998 roku, całe nasze życie kręciło się wokół gówna.

Po pierwsze była legenda jak to szambo kopali. Ponoć cała rodzina: Dziadek, Wujek, drugi Wujek, znajomy obu Wujków i ponoć nawet mój Tata kopał, a to człowiek, który z ciężką pracą fizyczną ma tyle wspólnego, że kiedyś czytał „Łyska z pokładu Idy”.

Potem co i rusz trzeba było do niego zaglądać czy to już, czy może jeszcze trochę można.

A gdy szambo zaczynało zagrażać meniskiem wypukłym, zaczynały się gorączkowe poszukiwania szambiarki, a więc i szambiarza. To były lata 80te. Nie było komórek, telefony też nie wszyscy mieli. Szambiarek było mało, za to szamb wiele. Sąsiad narajał szambiarkę sąsiadowi. Pamiętam nawet, że jak jakaś pędziła po ulicy, to Babcia wyskakiwała na środek jezdni ryzykując życie, bo przecież kilkutonowy Jelcz pełen gówna w miejscu nie stanie, żeby ją tylko zatrzymać i podać numer szambiarzowi, żeby podjechał kolejnego dnia celem wybrania szamba.

Raz jeden zatrzymała niemal pustą szambiarkę odbierając mnie z przedszkola. W środku kierowca w niebieskim budowalnym waciaku, berecie, z Ekstra Mocnym w zębach i w gumofilcach na nogach. – Pusty Pani nie jestem, ale jeszcze zmieszczę i mogę od razu wybrać. Wsiada Pani z dzieciakiem to podjedziemy. Wyobraźcie sobie! Ja, cztery lata w kabinie Stara. W środku prawdziwy mężczyzna śmierdzący przetrawioną wódą i marnymi petami, zapach Ekstra Mocnych zmieszany ze spalinami, bo przecież połowa z nich zawsze wpadała jakąś dziurą do kabiny, babcia, ja a za nami kilka ton cudzego gówna w beczce. I tak jedziemy mijając kolejne przecznice. Śmiejcie się, ale byłem wtedy dumny ja paw. Facet wysiadł, rozłożył fachowo grube rury z zielonkawej gumy z metalowymi złączkami. Fachowym ćwierć obrotem połączył je w prawdziwy rurociąg jedną końcówkę podłączając do beczki, a druga wrzucając do szamba i włączył ssanie. Zawsze patrzyłem jak z szamba powoli znika zielono-brunatna zawiesina. Mimo smrodu mogłem to robić godzinami.

„Wnusiu, tylko nie podchodź, bo wpadniesz” – upominała Babcia. Tak… do 12 roku życia moim największym zmartwieniem było to, że wpadnę do szamba. Potem to szambo zamieniłem na Olkę, Izę i Ulkę.

Z tamtych czasów, prócz cudownych wspomnień, pozostał mi również ogromny szacunek do ludzi wykonujących tę i podobne prace. Do dziś zresztą zazdroszczę panom wywożącym z naszego bloku śmieci jeżdżenia na tych bocznych, składanych platformach zamontowanych z tyłu śmieciarki. A gdy w czasie spaceru spotkamy gdzieś z Mieciem Super 2000 czyli samochód do czyszczenia kanalizacji, gapimy się jak wryci przynajmniej przez 10 minut.

Właściciel zakładu pogrzebowego. Choć usposobienie mam wesołe, niezwykle pociąga mnie branża funeralna. Zboczenie odziedziczone po Ojcu, który jest ogromnym miłośnikiem starych, zabytkowych cmentarzy. Mnie, prócz cmentarzy, jarają usługi pogrzebowe. Odbiór zwłok, ich przygotowanie, organizacja pogrzebu, dobór poszczególnych elementów całej tej układanki. Jaka trumna, urna, krzyż, tabliczka, kwiaty – może róże, może lilie, a może eustoma, karawan, bajery w postaci skrzypka albo trębacza. Swego czasu namiętnie oglądałem serial „Sześć stóp pod ziemią”. Podoba mi się obcowanie z przemijaniem, ten spokój, zaduma, smutek rodziny zmarłego i zrozumienie jakim trzeba ją otoczyć. Wszystko to ma dla mnie wymiar pewnego rodzaju służby i to niezmiernie elitarnej, dystyngowanej, ekskluzywnej. Modne jest teraz bycie wedding plannerem i planowanie ślubów w każdym detalu. Ja mógłbym być funeral plannerem. Inna muzyka, inne kolory, inne emocje, ale wydarzenie nawet ważniejsze. Ponoć na ślubie można nie być, ale na pogrzebie nie wypada. Epickie pogrzeby u Ivana. Gwarantuje, że nawet nieboszczyk by się na nich godnie bawił. Mamy jeszcze wolne terminy na 2019 rok. Zapraszam do zapisów.




www.ailavita.com.ua

www.buysteroids.in.ua/inekczionnyie-anabolicheskie-steroidyi/masteron.html

https://steroid-pharm.com
Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x