Prokrastynacja – moje drugie imię

Prokrastynacja. Źródło mojej życiowej męki. Tych wszystkich stresów i nerwów. Jest ni mniej, ni więcej tym, czego każdy z nas dopuścił się w życiu nie raz. A jak znam życie to nie raz, nie dwa, ani nie trzy. Wieczne odkładanie wszystkiego na później. To później zazwyczaj oznacza ostatnią możliwą chwilę, ostatni dzwonek, taka klasyczna „za pięć dwunasta” jak by powiedziała moja babcia.

Jezu, jak by mi się żyło lepiej, wygodniej i piękniej gdybym była bardziej systematyczna. Gdybym wszystko to, co powinnam zrobić, wykonywała w granicach przeznaczonego na to czasu, a nie w ostatniej możliwej chwili. Jakby mi to ułatwiło życie. Zawsze obiecuję sobie poprawę, która nigdy nie nadchodzi. Zawsze po zwyczajowym „uff, zdążyłam” następuje: „Następnym razem załatwię to wcześniej. Na spokojnie, bez nerwów”. I to „następnym razem” nigdy nie nadchodzi. To nawet nie chodzi o to, że jestem leniwa, bo uważam się za pracowitą osobę. Ja po prostu nie mam w sobie systematyczności, więc żyję w poczuciu wiecznego niedoczasu.

Ile to razy uzupełniałam firmowy CRM (taki korporacyjny system, do którego trzeba wpisać wszystkie kawy wypite w ciągu dnia, wszystkie ploty z klientami przez telefon i wszystkie ważne spotkania) 30-go każdego miesiąca, bo na koniec miesiąca szef robił podsumowanie, od którego zależna była premia. Ileż to razy składałam zeznanie podatkowe 30 kwietnia. W tym roku zresztą zapowiada się powtórka z rozrywki. Ile razy załatwiałam różnego rodzaju sprawy tuż przed upływem terminu. Na przykład teraz. Zostały mi jakieś 4 tygodnie urlopu macierzyńskiego, a ja uświadomiłam sobie, że Miecia trzeba zapisać do żłobka. Miałam na to całe 11 miesięcy ale nie… Wcześniej zupełnie o tym nie myślałam. Robię tak od zawsze i od zawsze obiecuję sobie poprawę.

Czasami pocieszam się tym, że ta adrenalina towarzysząca temu wiecznemu spóźnieniu nadaje dreszczyk emocji mojemu życiu. No bo niby mogłabym zapisać się do lekarza po tabletki w dniu kiedy zaczynam ostatni blister, ale ja wolę dzwonić do przychodni w dniu, kiedy powinnam już zacząć nowe opakowanie. A nuż widelec mój lekarz będzie miał wolne okienko. Taka antykoncepcyjna rosyjska ruletka.

Czasami też udaje mi się winę za tą całą piekielną prokrastynację zrzucić na męża. Na przykład za wcześniej wspomniane zeznanie podatkowe. W sumie to moja wina, że jest połowa kwietnia, a my jeszcze nie rozliczyliśmy się, bo ja ciągle nie wyciągnęłam z torebki mojego PITa, ale jutro podrzucę go mężowi na biurko i po chwili z wyrzutem w głosie powiem: „ pewnie jak zwykle jeszcze nas nie rozliczyłeś, a mój PIT leży biedny i czeka”. Ze żłobkiem też zrzuciłam winę na niego. Bo przecież nie przypominał, nie ponaglał i nie zaciągnął na oglądanie. Jego wina.

W Wikipedii przeczytałam, że prokrastynacja niedawno została uznana za zaburzenie psychiczne. Dobrze, w końcu na coś trzeba umrzeć. A jeśli już miałabym obstawiać mój rychły koniec, to z pewnością nastąpi on po kolejnej nieprzespanej nocy, kiedy to tuż przed zaśnięciem przypomnę sobie, że do jutra miałam załatwić jedną bardzo ważną rzecz, na którą miałam miesiąc czasu. Ale jakoś się nie złożyło.




www.steroid-pharm.com/trenbolone-acetate.html

https://cialis-viagra.com.ua

danabol-in.com
Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x