Co nas trzyma przy sobie?

Dwudziestego piątego września minie 9 lat odkąd jesteśmy razem. W październiku minie 11 lat odkąd się znamy. Nasze początki były burzliwe. Mało kto dawał nam szanse na długie, szczęśliwe życie we dwoje. Sami w tamtym czasie średnio wierzyliśmy w powodzenie projektu pod tytułem „I żyli długo i szczęśliwi.” A jednak udało się.

Dziś tworzymy bardzo zgraną parę. Kochamy się, lubimy się, szanujemy się. Mimo biegu czasu potrafimy, chcemy i uwielbiamy ze sobą rozmawiać. Ubóstwiamy spędzać ze sobą czas tylko we dwoje i zgodnie przyznajemy, że takich przyjaciół nie mieliśmy w nikim, jak mamy teraz w sobie. Należy wam się jednak garść prawdy o tym, jak to wygląda zamkniętymi drzwiami.

Czy wy się w ogóle kłócicie?

Często zadajecie nam to pytanie. Odpowiadamy zgodnie, że tak, i że bardzo dużo. Z bloga znacie nas przede wszystkim z pięknych i nierzadko całuśnych zdjęć. Jak by powiedziała gimba: „takie do pożygu tęczą”. Nasze życie we dwoje nie jest jednak tak jednorodne i zgodne. Kłócimy się bardzo często i  bardzo ogniście. Żadna z naszych zastaw nie jest już kompletna. Nawet sztućce po kłótniach mamy zdekompletowane. Od porządnego uderzania o podłogę też potrafią się rozlecieć. To żart oczywiście, ale faktem jest, że kilka dziur w drewnianej podłodze pamięta, jak w werwach krzesło mi się samo przewróciło. Nigdy w tym nie było agresji wobec drugiej strony. Raczej chęć zaakcentowania kipiących emocji. Obydwoje jesteśmy bardzo temperamentni, podobnie jak temperamentni byli i są nasi rodzice. Strach pomyśleć, jak z takim obciążeniem genetycznym wylądują w życiu nasi synowie. U mnie w domu też potrafiło się gotować. Ale bywały też ciche dni, których my jak na razie nie praktykujemy. Jest taka historia rodzinna Ivanka dotycząca jego przodków. Podobno kiedyś między jedną parą panowała cicha wojna małżeńska. Nie odzywali się do siebie wiele miesięcy, a mimo to w między czasie wspólnie poczęli dziecko. Osobiście się tej sytuacji nie dziwię, bo przecież nic nie podsyca tak uczuć, jak ognista kłótnia. Co gorsza, kiedy w nas buzują emocje i dochodzi do ich eskalacji, miejsce i czas nie grają dla nas roli. Dlatego zdarza nam się kłócić przy ludziach postronnych. Nie zostawiamy sobie konfliktów na później. Czasami myślę sobie, że ludzie którzy towarzyszą nam w takich sytuacjach, nie wróżą nam wieloletniej małżeńskiej przyszłości. A mimo to my nadal się kochamy.

Złote rady? Coś ci o nich powiem

Mogłabym wam w kilku zdaniach streścić zasady, które w teorii pięknie opisują udany związek. Wówczas napisałabym o tym, by nigdy nie odkładać kłótni na później. Żeby nie dopuszczać do cichych dni. Żeby zawsze mieć czas dla siebie, żeby słuchać uważnie swoich wzajemnych potrzeb. Mogłabym tak pisać i pisać. A po studiach mam takich prawd w głowie całe mnóstwo. A jak to wygląda w praniu? Każdemu z nas zdarzyło się złamać wszystkie te zasady. Nigdy nie zapomnę jak będąc w zaawansowanej ciąży z Mieciem po karczemnej kłótni, w której wypominaliśmy sobie dosłownie wszystko (a wiadomo, że takich rzeczy robić się nie powinno, bo kłótnia dotyczy tego co tu i teraz, a nie tego co działo się w lipcu 1410 roku) spakowałam się w złości i wybiegłam z domu. Zupełnie nie wiedziałam gdzie pójść. Była niedziela, a ja chciałam utrzeć nosa Ivankowi. Pokazać mu, że moje zawsze musi być na wierzchu. Nie było mowy o jakimkolwiek kompromisie. Kompromisem był mój rosnący brzuch.  Zadzwoniłam do naszego wspólnego kolegi, który akurat był w domu. Musielibyście widzieć jego minę, kiedy stanęłam w drzwiach z ogromnym brzuchem i deklaracją, że do domu nie wracam. Ivanek po kilku godzinach zadzwonił do mnie i już po dwóch minutach rozmowy obydwoje śmieliśmy się z naszej głupoty. Ivanek był spokojny, bo widział, że pakując się w złości zabrałam aż 5 swetrów i tylko jedną parę majtek.

Mogłabym wam napisać, że nie powinno się wynosić domowych konfliktów poza dom. Ale mi samej zdarzało się kiedyś dzwonić z żalami do mojej mamy, że ten Ivanek taki zły i niedobry. A później my się godziliśmy, a niesmak w progach teściów pozostawał.

Mogłabym wam napisać o tym, że dzieci nie powinny w małżeństwie stanowić karty przetargowej. Ale zdarzyło mi się raz czy drugi szachować Ivanka, że jak nie zrobi tego czego od niego oczekuję, to spakuje dzieci i pojadę do mamusi.

Mogłabym pouczać was, że trzeba umieć oddzielać życie prywatne od służbowego, zwłaszcza kiedy prowadzi się wspólny biznes. Ale już nie raz zdarzyło mi się nie odzywać do Ivanka przy kolacji za to, że skrytykował bezpodstawnie jakiś mój tekst na blogu.

Życie z drugim człowiekiem jest łatwe tylko w teorii. Jest jednak coś co daje naszej relacji spore szanse na długowieczność.

Chcesz wiedzieć jak jest?

Szczerość. To jej obecność sprawia, że między nami nigdy nie wyrośnie mur. Prawda nas uzdrowi – jak mawiał klasyk. Nawet najtrudniejsza prawda oczyszcza atmosferę, bo za nią nie kryje się już nic. Na początku taka szczerość między partnerami jest trudna. Staramy się pokazać z jak najlepszej strony. A często ta lepsza strona jest zwyczajnie kreacją. Czymś co tworzymy tylko po to, by zrobić dobre wrażenie. Nigdy nie zapomnę, jak długo po tym, jak zaczęliśmy się spotykać z Ivankiem, wstydząc się moich przebarwień na twarzy malowałam się idąc … do łóżka. Dziś sama się z tego śmieję, ale wtedy szczerość była ponad moje siły. Chciałam mu się pokazać z jak najlepszej strony, pokazując coś, co nie do końca było prawdą. To taki bardzo plastyczny i namacalny przykład. Ale ta szczerość potrzebna jest nam na każdym kroku. Nie zapomnę zdziwienia czy wręcz zniesmaczenia moich znajomych kiedy Ivan, z rozbrajającą szczerością, widząc ładną dziewczynę w knajpie czy na ulicy mówił: Ale ładna laska, widziałaś jakie miała piersi? Dla mnie to było naturalne i … zdrowe. Zaczęłabym się martwić gdyby deklarował mi, że odkąd jesteśmy razem on widzi tylko mnie, i że od tej pory inne kobiety na świecie przestały być dla niego widoczne. Dla mnie nie byłoby to szczere. Faceci są wzrokowcami, to że doceniają piękno innych kobiet jest dla mnie czymś zupełnie naturalnym i nigdy nie wzbudzało we mnie zazdrości.

Zawsze dziwiły mnie znajome, które  w szczerych rozmowach deklarowały, że one by nigdy swojemu facetowi tego czy tamtego nie powiedziały. Że nigdy nie przyznałyby się do tego, że czegoś się boją albo mają do czegoś słabość. Patrząc na długoletnie, szczęśliwe związki śmiem twierdzić, że szczerość i brak tajemnic to klucz do szczęśliwości wszelkiej.

Nasza wspólna codzienność jest trudna i wymaga od nas szczerości na każdym kroku. W pracy nad blogiem, w wychowywaniu dzieci i w naszym byciu sam na sam. To szczerość sprawiła, że ja wiem kiedy Ivan czuje się najszczęśliwszy na świecie, kiedy daję mu się święty spokój i wcale nie potrzebuje do tego jakichś fajerwerków wokół siebie. Ivanek za to doskonale wie, że mi osobiście ciężko jest dogodzić, i że nawet niespodzianki muszą spełniać moje wyśrubowane wymagania. Tacy już jesteśmy. Bardzo różni, czasami chimeryczni i kompulsywni. Ale zawsze szczerzy wobec siebie.

Edit: zapytałam Ivanka co jego zdaniem trzyma nas przy sobie. Bez namysłu odpowiedział: twoje cycki. Jeśli więc ta szczerość was nie przekonuje, zawsze zostają one.

facet z rozbitej rodziny




www.farm-pump-ua.com/testoged-e.html

www.steroid-pharm.com/trenbolone-enanthate.html

источник
Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x