Nie chciałam mieć dzieci

Życie dzieliłam na przed i po. Bałam się jak ognia przekroczenia tej magicznej granicy. Bałam się, bo podskórnie przeczuwałam, że życie po drugiej stronie jest inne. Trudniejsze, odarte z magii, bardziej przyziemne i takie… normalne. Tej normalności bałam się najbardziej. Obawiałam się, że kiedy już stanę po drugiej stronie przestaną mnie spotykać rzeczy niezwykłe, szalone, nieprzewidywalne. Teraz, kiedy już tu jestem widzę, że moje obawy miały sporo podstaw. Ale jest inaczej niż to sobie wyobrażałam…

Boże broń mnie przed dziećmi

Trochę matkowałam bratu. Jest osiem lat młodszy i bardzo kochany. A że rodzice wychowywali nas w czasach i w środowisku, w którym nianie były zbędnym luksusem, można nawet rzec – fanaberią, to wakacje od najmłodszych lat spędzaliśmy razem. Wszyscy tak robili. Rodzice szli do pracy, a dzieci zajmowały się sobą. Ja zajmowałam się bratem najlepiej jak umiałam, choć nie były to wakacje z moich snów. Jak przystało na kilkuletniego brzdąca brat był upierdliwym, krnąbrnym i ciekawskim dzieckiem. Jak przystało na kilkunastoletnie, dojrzewające dziewczę, pragnęłam by zniknął, a ja mogłabym wtedy zająć się sobą i swoim łamanym co tydzień sercem. Dzięki tym wakacjom i wspólnemu dzieciństwu w jednym pokoju w naszym M3, bardzo kocham mojego brata. Dzięki tym wakacjom razem wiedziałam też, że małe dzieci nie są fajne na dłuższą metę, że sporo w życiu zmieniają, i że ja jako dorosła Jess nie będę chciała ich mieć tak długo, ile się tylko da.

Na studiach mój zapał dodatkowo ostudził epizod zawodowy związany z byciem nianią. Tak, kiedyś nią byłam. Samej ciężko mi w to uwierzyć. Niezły dualizm zaplątał się wtedy w moje życiowe drogi. Wieczorami pracowałam w kawiarni i podawałam kawę w Metrze Centum, a w ciągu dnia trzy razy w tygodniu sprawowałam opiekę nad kilkumiesięcznym Karolkiem. Jakież to było nudne zajęcie. Wytrzymałam pół roku. Cała historia nauczyła mnie jednej, bardzo przydatnej umiejętności: zaczęłam z jeszcze większą regularnością łykać pigułki antykoncepcyjne. Boże, jak ja wtedy nie chciałam mieć dzieci… 

Ultimatum: ślub tak, dzieci nigdy

Opiekując się Karolkiem poznałam Ivanka. Parę razy zdążyliśmy się rozstać i wrócić do siebie. Dwa razy wzięliśmy ślub. Od początku Ivan zastrzegał, że dzieci to nie jest jego „target”. Że przecież nie każdy je musi mieć. I że raczej to nie dla nas. Kupiliśmy mieszkanie w miejscu, o którym zawsze marzyliśmy. Ja w między czasie znalazłam rewelacyjną pracę. Trochę jeździłam po świecie, dobrze zarabiałam, miałam świetne perspektywy rozwoju. W małżeństwie układało nam się rewelacyjnie. Spełniałam się jako idealna żona, kochanka i przyjaciółka mojego męża. Jeździliśmy na piękne wakacje, kupowaliśmy drogie i niepotrzebne nikomu gadżety, piliśmy hektolitry wina. Dobrze i wygodnie nam się żyło. Nie mieliśmy większych problemów, nic nas nie trapiło. Jakbyście wtedy zobaczyli nasze życie zakładając, że mielibyśmy już wtedy bloga ocenilibyście pewnie: lifestyle pełną parą. Piękne kadry, kolorowe sjaldy z przesłodzonego wręcz życia. Takie życie z Instagrama chciałoby się rzec. Było nam wygodnie, było pięknie i bardzo swobodnie. Ale jakoś tak bez prędkości. To właśnie wtedy, podczas jednej z domowych posiadówek przy winie, wpadliśmy na pomysł by zrobić coś w naszym życiu, by nadać mu większego tempa. By zyskać większy sens niż to, co tu i teraz. W pracy miałam ugruntowaną pozycję, na głowę nam nie kapało, kochaliśmy się szalenie. Pomysł był tylko jeden: DZIECKO.

Po brudnej stronie lustra

Szybko uwinęliśmy się z tematem dzieci. W dwa i pół roku dorobiliśmy się całej dwójki. Niepostrzeżenie przeszliśmy na drugą stronę życia. Weszliśmy do pokoju, w którym panuje wieczny bałagan. W którym ściany nie mają już tak pięknych, kwiecistych i jaskrawych kolorów. A może to po prostu zmęczone oczy przekłamują obraz. Kiedyś przeczytałam wywiad z Joanną Brodzik, która z dozą tajemniczości opisywała to, jak zmieniło się jej życie po narodzinach bliźniaków. Powiedziała, że zawsze starała sobie wyobrazić jak wygląda życie z dzieckiem. Po czym przyznała, że cieszy się, że nigdy jej się to nie udało, bo gdyby wiedziała jak jest po tej drugiej stronie, to nigdy świadomie nie zdecydowała się na dziecko. Jezu, jak ja ją dobrze rozumiem. Życie z dziećmi jest zupełnie inne od tego sprzed pierwszego krzyku na porodówce. Owszem, jest pełne pięknych i zapierających dech w piersiach momentów. Jest pełniejsze w wartościach, które ze sobą niesie. Ale jest też codzienną walką. Jest ogromem odpowiedzialności jaki mimochodem sami bierzemy na swoje barki. Jest morzem wylanych łez ze strachu, z bezsilności, z tęsknoty. A jest tu za czym tęsknić. Za chodzeniem za rękę, za beztroskimi wypadami „gdziebądź”, za niespiesznymi porankami, za spontanicznymi decyzjami. Za wyspaną twarzą w lustrze, za ciszą dostępną na wyłączność. I tu nie chodzi o to, że macierzyństwo jest tylko pasmem udręk i codziennych przykrości. Ale nie ma co udawać, że posiadanie dzieci nic nie zmienia w życiu, albo że wprowadza nas, z natury ludzi wygodnych i leniwych, w wygodniejszy i lepszy wymiar.

Czy kiedyś jeszcze będzie pięknie?

Często piszecie nam w komentarzach i wiadomościach: „uwielbiam was, chociaż nie mam jeszcze dzieci” lub „dzięki wam życie z dziećmi nie wydaje mi się aż tak straszne”. W życiu nie przypuszczałam, że kiedyś przekonam kogoś, kto nie ma dzieci do życia z dziećmi . Że komuś dzięki nam życie z dziećmi wyda się fajne, ciekawe i atrakcyjne. Ja w całym swoim życiu nigdy nie poznałam ludzi, który po tym jak pojawiły się dzieci w ich życiu, zarazili mnie swoim stylem życia. Podskórnie przeczuwałam, że po pojawieniu się dzieci życie staje się inne. A ta inność była zupełnie poza moim kręgiem zainteresowań. Wiem, że ten artykuł czytają te z was, które urodzone są do posiadania dzieci. Ja byłam po drugiej stronie tej „dzieciowej” skali. Mąż? Koniecznie. Dzieci? Raczej nie.

Być może dlatego właśnie postanowiłam stworzyć rodzicielstwo na własną modłę. Wzięłam igłę i przebiłam balon pełny nabzdyczenia zwany macierzyństwem. Spuściłam powietrzez nadmuchanej atmosfery wokół rodzicielstwa.  Jak ognia unikam i walczę z „Matka musi”, „Matka powinna”. Rozum i intuicja są moimi najlepszymi doradcami. Nawet na moment nie zrezygnowałam z siebie. Choć na początku miałam wrażenie, że dzieci chcą mi zabrać wszystko: niezależność, nienaganny wygląd, wyspanie, świeży umysł, zapał do życia. Nie dałam się i dziś z czystym sumieniem stwierdzam, że wygrałam tę walkę. W dalszym ciągu twierdzę, że dzieci nie są dla każdego, i że nie każdy powinien je mieć. Na szczęście żyjemy w czasach, gdzie brak dzieci nie wyklucza nas w żaden sposób społecznie. Ja do posiadania dzieci musiałam dojrzeć. Musiałam dorosnąć, ale też potrzebowałam stworzyć rodzicielstwo od nowa, po swojemu. Dzięki temu dziś wiem, że przejście na drugą stronę nie zawsze musi oznaczać rezygnację z siebie, z miłości, z szaleństw czy ze spontaniczności.

Dziś myślę sobie, że jestem idealnym przykładem na to, że wcale nie trzeba czuć powołania do rodzicielstwa, by być dobrą, kochającą i spełnioną mamą. Wymaga to pracy, ale wszystko to jest do zrobienia.

lęk przed macierzyństwem




 

Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x