„Zamknij ryj” czyli dziennikarze, którzy nienawidzą ludzi Internetu

Niemniej niektórzy dziennikarze, szczególnie ci reprezentujący starszą szkołę, średnio odnajdujący się w sieci i poruszający się tak naprawdę pomiędzy biegunem wzajemnego włażenia sobie w cztery litery na Twitterze i biegunem płaczu z powodu bezpardonowych i oczywiście hejterskich ataków na nich ze strony Internautów, lubią niekiedy wbić szpilę prosto w serduszka ludzi Internetu, internetowych twórców, czy jak tam wolicie nas nazywać. Lasia z Insta wypinająca dupę nagle jest dla nich blogerką, a patostreamerzy nagle są jutuberami na równi za wszystkimi twórcami wartościowych treści na YouTubie. Komiczne to, bo nie przypominam sobie, żeby twórcy Internetu jakoś żywiej reagowali na molestującego swoje koleżanki z pracy popularnego dziennikarza wiodącej stacji czy innego z dużej ogólnopolskiej gazety wrzucając wszystkich dziennikarzy do jednego worka zboczeńców i robiąc o tym wpisy na blogach czy filmiki na YouTubie.

Podobny problem wrzucania do jednego worka i generalizacji dotyka obecnie Kościół z tematem pedofilii, a co i rusz jakiś klecha czy polityk prawicy dostaje ataku padaczki na myśl o najnowszym filmie Wojtka Smarzowskiego. Tylko, że kościół to najpoważniejsza zhierarchizowana instytucja o wieloletniej tradycji, o gigantycznym zaufaniu społecznym sukcesywnie zamiatająca pod dywan wszelką patologię, której jest autorem. Internetowi twórcy natomiast to wolne elektrony bez jakiejkolwiek struktury czy hierarchiczności (chyba, że weźmiemy pod uwagę statystyki popularności) i jakakolwiek próba ich generalizacji i wrzucania do jednego worka na kilometr śmierdzi leczeniem kompleksów.

Czepiam się tego nazywania Oliwii blogerką nie dlatego, że czuję się tym dotknięty, że przypisuje się naszemu środowisku taką patologię. Każdy, kto ma łeb na karku wie, że Oliwia blogerką nie była i tylko Rysiu Cebula z „Uwagi” potrafi rzucić na żywca tekst w stylu „znana blogerka, którą miała swój portal na Instagramie” myląc wszystko ze wszystkim. Swoją drogą zamiast robić kolejny chujowy serial nakręcony i zmontowany tak, jakby ktoś go robił na niezłym kacu, może zróbcie w tych wszystkich telewizjach i redakcjach szkolenie z Internetu. Przez was potem czyjaś babcia ogląda te wasze gówniane programy, wsadza protezę do buzi i biegnie do pokoju wnusia przegryźć kabel od Internetu przerażona do cna, że w tych „ynternetach” czai się sam diabeł.

Niestety niewiedza to tylko jeden z powodów tej całej nagonki na internetowych twórców. Jest też innym powód – kasa. Nie trzeba siedzieć w excelowych tabelkach wydatków na reklamę w Polsce i na Świecie, żeby wiedzieć, że tradycyjna prasa szoruje brzuchem po dnie. Taka akcja: do znajomej, menedżerki w dużej firmie z branży „lajfstajl” dzwoni naczelna wiodącego pisma, którego tytuł znacie wszyscy. „Zleć mi reklamę na drugą stronę” – prosi. Druga strona w czasopiśmie jest najbardziej prestiżowa, najwięcej kosztuje. „Ale ja nie mam na to budżetu” – odpowiada znajoma. „Nie szkodzi, puścimy wam za darmo, bo mamy pustą, a coś polecieć przecież musi” – odpowiada naczelna. Kurtyna. Akt drugi: telewizja. Prestiżowy program, koń pociągowy wiosennej ramówki. Sponsor? Parówki, coś na sraczkę i jeszcze blachodachówka. Ja rozumiem, że „pecunia non olet”, ale reklamy to się jednak dobiera i skoro wiedzą o tym blogerzy, to telewizja z setkami ludzi i doświadczeniem od dziesięcioleci wie to jeszcze lepiej. Ale nie dziś, bo dziś trzeba przetrwać. Szczególnie, że gros budżetów idzie do Internetu. Znam co najmniej kilka firm kosmetycznych, które kiedyś szeroko reklamowały się w prasie i telewizji, a dziś niemal 100% wydatków przesunęły do sieci, w tym na influencerów. Na eventy nie zapraszają już nikogo z prasy zapraszając wyłącznie celebrytów, influencerów i nieco portali internetowych. Akt trzeci: podsumowanie sezonu programu, stacja tematyczna należąca do dużej grupy medialnej. Program, przy produkcji którego zatrudnionych jest z 50 osób, tak wynika z napisów końcowych. Stacja odtrąbiła sukces. Średnio 55 tysięcy widzów każdego odcinka. No… jest się czym chwalić. To mniej więcej tyle osób, ile ogląda film popularnego jutubera w ciągu pierwszych 10 minut od publikacji. Akt czwarty: osobne spotkania prasowe wprowadzające nowy produkt dla dziennikarek i blogerek. Powód? „Jak będą blogerzy to nie przyjdę!” – rzekła jedna dziennikarka starszej daty. Efekt jest taki, że coraz częściej organizowane są spotkania wyłącznie dla ludzi Internetu – blogerów, erów i vlogerów.

Taka utrata status quo musi boleć, a w Polsce jak coś człowieka boli, to wiadomo, że z reguły dupa. Więc zamiast zakasać rękawy, pomyśleć, zastanowić się i odnaleźć się w tej nowej, internetowej rzeczywistości, która jest wyjątkowo egalitarna i daje wręcz nieograniczone możliwości dla kreatywności, lepiej jest popsioczyć na internetowych twórców, wykorzystując do tego każdą nadarzającą się szansę. Mało tego, nawet między dziennikarzami bywają spięcia, no bo jak pracujesz w uznanym portalu internetowym to nie to samo, co w gazecie czy telewizji.




Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x