Ludzie na organy

Później podjęłam decyzję o tym, żeby odejść z tej firmy. Brałam udział w rekrutacji kogoś na moje miejsce. Jakież było moje zdziwienie, kiedy osoby stawiające się na rekrutacji nie potrafiły poprawnie wymówić nazwy firmy, do której przyszły (a na budynku wisiał ogromny szyld z nazwą, dwie dwuliterowe sylaby, wymawianą zresztą zwyczajnie, po polsku). Była dziewczyna, która nie potrafiła policzyć ile to jest 10 % z 20 mln (dostała kartkę i długopis, żeby to policzyć na spokojnie, ale nawet tak nie dała rady). Był chłopak, który przeszedł do drugiego etapu, na który miał przygotować przykładową prezentację z ofertą dla drużyny piłkarskiej. Na pendrivie dostał od nas wszystkie materiały, musiał z tego tylko zrobić zwyczajną prezentację w Power Poincie. Zrobił… trzy slajdy z czego na pierwszym widniał napis „Witam”, a na trzecim „Zapraszam do kontaktu”. Nie skorzystaliśmy. Była inna dziewczyna, która już na pierwszej rozmowie zastrzegła sobie, że w październiku to ona ma wykupione wakacje na trzy tygodnie i musi mieć wtedy wolne. I jeszcze jedna, moja ulubienica, która już na wstępie powiedziała, że nie jest w sumie zainteresowana, bo idąc na spotkanie, zorientowała się, że firma jest bardzo daleko od przystanku tramwajowego i ona sobie nie wyobraża tak dzień w dzień chodzić te 640 metrów (tak, specjalnie dla Was zmierzyłam w Google Maps tę odległość). W takich sytuacjach zastanawiam się, co musiała myśleć moja Mama, która dzień w dzień przez kilka lat, będąc dwudziestolatką chodziła na piechotę ze swojej wsi do miasta do pracy (jakieś 10 km). Tylko czasami ktoś ją podrzucił motorynką, albo furmanką. Pisząc to nie mogę pominąć jeszcze jednej kluczowej kwestii: pieniędzy. Czy jak kto woli pieniążków (brrr…). W mojej pierwszej pracy zarabiałam 4 złote za godzinę pracy. W Warszawie pracując w kawiarni dostawałam 8 zł za godzinę. Później pracując na recepcji w salonie samochodowym, dostawałam 1440 zł na umowę zlecenie. Wiem, że od tamtych czasów minęło parę lat, ale to nawet nie jest dekada. Dziś młodzi ludzie, świeżo po studiach, przychodzą do pracy bez jakiegokolwiek doświadczenia i żądają minimum trzech-czterech tysięcy na rękę (mówię o realiach warszawskich). To zatrważające, ale za mniejszą kasę nie opłaca im się pracować. A tak naprawdę to im się nie za bardzo chce, ale znajomi pracują, to trzeba coś ze sobą w życiu zrobić. Jedna poważna rozmowa na dywaniku i następnego dnia już nie przychodzą. Cenią sobie święty spokój bardziej niż to, że mogliby się czegoś nowego nauczyć, czegoś nowego doświadczyć lub coś osiągnąć. Nie chce im się. Na umówione rozmowy o pracę nie przychodzą i często nawet nie dzwonią, żeby ją odwołać. Wisi im, że ktoś przecież poświęca swój czas i na nich czeka. Mamy obecnie rynek pracownika. To on tutaj rządzi i dyktuje warunki. Jak coś się nie podoba to wypad. I to dotyczy chyba większości zawodów. Nie tylko „korpoludków”. Ostatnio jak grzyby po deszczu wyrastają historie o paniach do sprzątania, którym nie można kulturalnie zwrócić uwagi, bo następnym razem już nie przyjdą. Sami mieliśmy taką historię. Pani, pracująca u nas od kilku lat połamała nam pilota od telewizora (zwyczajnie jej upadł) i nic nam o tym nie powiedziała. Ivanek do niej zadzwonił i zapytał co się stało. Na początku się tego wyparła, po czym zadzwoniła jeszcze raz i powiedziała, że jej się przypomniało, że rzeczywiście jej spadł, ale skoro my jej zwracamy na to uwagę, bo przecież ona nie zrobiła tego specjalnie, to ona nas zostawia i więcej do nas nie przyjdzie. Ostatnio koleżanka na Facebooku napisała o swojej pani do sprzątania, która od zawsze była na bakier z zegarkiem i potrafiła przychodzić nawet o godzinę spóźniona. Koleżanka z mężem uprzejmie zapytali, czy mogłaby ich informować, o której będzie, bo wtedy oni mogliby sobie planować dzień bardziej efektywnie. Pani się obraziła i powiedziała, że nikt jej ograniczać nie będzie i więcej już nie przyszła. Normalnie „Sprzątaczkowa masakra szmatą do podłogi 3”.

Smutne to i przytłaczające, że ludziom, szczególnie młodym, dziś się tak bardzo nie chce. Że tak bardzo krawędziują, że za grosz w nich determinacji. Ivanek mówi mi: „Ciesz się! Dzięki temu my jesteśmy tu, gdzie jesteśmy.” A ja zwyczajnie martwię się jak to się dalej potoczy. Skąd ci ludzie będą czerpać satysfakcję w życiu, co będzie ich napędzać? Oczywiście są chlubne wyjątki, ale jednak wielu z nich nie ma, jak mawiała Babcia Ivanka, „za grosz ambicji”. Zajmują się głównie oddychaniem. Gdy na nich patrzę widzę dawców organów. Tyle.

Mcafee-euroset.ru




Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x