Jak krew z nosa…

Deski nie ogarnę
Pamiętam jak firma, w której niegdyś pracowałam zorganizowała wyjazd integracyjny do Włoch na deskę i narty. Nigdy na niczym nie jeździłam. W ogóle ze mnie bardziej królewna z drewna niż sportsmenka. Wszyscy w pracy zapewniali: to łatwizna. Weźmiesz instruktora na dwa dni i w mig się nauczysz. Wzięłam instruktora na pięć dni i wyjeżdżałam z Włoch z poczuciem, że absolutnie tego nie ogarnęłam. Ale tym razem było inaczej. Po pierwsze nie odpuściłam. Dawna Jess po jednym dniu rzuciłaby deską. Po drugie mimo, że zupełnie mi to nie wychodziło, miałam z tego ogromną frajdę. Nawet z tych upadków. Z zapierających dech w piersiach widoków, z atmosfery na stoku, ze słońca. Tamta sytuacja pokazała mi jak dużą pracę nad sobą wykonałam. Jak długą drogę przebyłam. Kiedy zapisywałam się na treningi po ciążach wiedziałam, że po drodze będę zmagać się ze sobą. Że wiele rzeczy mi nie wyjdzie, że pewnie długo, a może nawet nigdy nie podciągnę się na drążku. Ale nie po osiągnięcia tam szłam, a po to by mieć przyjemność, że robię coś dla siebie. I że być może moja ciężka praca kiedyś przyniesie mi efekty, z których będę dumna.

W macierzyństwo nie umiałam
Po utracie pierwszej ciąży tak bardzo chciałam być mamą. Każdy centymetr mojego ciała pragnął nią być. Miecio był taki wyczekany i wymarzony. A mimo to, znów coś nie zwarło. Z zazdrością i rozgoryczeniem patrzyłam na przepełnione miłością matki. We mnie był tylko strach i chęć powrotu do starego, dobrze znanego mi życia. Nic mi nie szło. Ani karmienie, ani usypianie, ani przewijanie. NIC! Znów nie umiałam na czas. Kiedy inne mamy rozpływały się nad miłością do własnych pociech, ja wyłam z rozpaczy. Najgorsza była myśl, że nie miałam w sobie ani krzty pewności, że kiedykolwiek poczuję się taką mamą jak one. Że kiedykolwiek pokocham bezwarunkowo moje dziecko. To było straszne. Długo dorastałam do miłości do mojego syna. Wiele nocy przepłakałam czując się gorszą. Krzyczałam do poduszki. Przez wiele miesięcy czułam się bezsilna. Starałam się robić dobrą minę do złej gry. Pierwszy raz poczułam, że kocham go tak na sto procent, bezwarunkowo i szalenie kiedy kończył rok. Patrzyłam na niego i był taki cały mój, jak ze snów, wymarzony. W każdej minucie mojego życia miałam ochotę go całować i przytulać. Znów kosztowało mnie to więcej pracy niż innych. Znów okupiłam to stresem i łzami. Ale dziś doceniam to najbardziej na świecie.

Droga, która uszlachetnia
Pogodziłam się z wysiłkiem, który jest nieodłączną częścią mojego życia. Polubiłam go. Pamiętam jak pisałam pierwsze teksty na bloga. Ivanek je czytał i większość z nich lądowało w koszu. „Nie opublikujemy tego, bo to jest tragedia” – mówił szczerze. Trzaskałam laptopem, płakałam z bezsilności, groziłam, że nic już nigdy więcej nic nie napiszę. A kiedy tylko nie patrzył siadałam do komputera i pisałam od początku. Dziś słowa same przelewają się z mojej głowy na papier. Czasami irytuje mnie to, że palce piszą tak powoli. Doskonale wiem, co chcę Wam powiedzieć, tak samo jak doskonale czuję to, czego mogę oczekiwać od mojego życia.

praca nad sobą




Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x