Sztuka umierania

Dzisiejsza medycyna jest niezwykła. Z jednej strony oferuje tak wiele, jak niemal nieskończone podtrzymywanie funkcji życiowych u pacjentów, którzy już dawno powinni umrzeć, z drugiej strony wszyscy ciągle mamy katar, a głowa nas boli gdy zbyt wiele wypijemy.

Moja Mama chorowała na raka 10 lat. Gdy miałem 15 lat i przypominałem zagubione i nieopierzone pacholęcie zachorowała na raka piersi. Przyjęła chemię. Nie będę się w to zagłębiał, ale ta chemia dała jej kredyt dodatkowych 10 lat życia. To był 1998 rok. Teraz nie jest rewelacyjnie w polskiej onkologii, ale wtedy było jeszcze gorzej. Wiecie jakie poczucie niesprawiedliwości czuję, gdy czytam i to coraz częściej, że chemia zabija? Że lekarze zabijają? Lekarka mojej mamy miała pod swoimi skrzydłami kilka tysięcy bardzo ciężko chorych ludzi, a razem z ich rodzinami pewnie kilkanaście tysięcy. Wyobraźcie sobie: kilkanaście tysięcy ludzi drżących przed każdą wizytą swojego bliskiego u niej, w Centrum Onkologii na warszawskim Ursynowie. Modlitwy o cud. O to, żeby nie było wznowy, przerzutów. Po operacji i chemii wizyty były co trzy miesiące przez dwa lata. Potem co pół roku przez kolejne trzy lata. A potem już co roku. I tak w dziesiątym roku rak powrócił z niezwykłą siłą, żeby było śmieszniej tuż przez Bożym Narodzeniem. Znaleźliśmy go niemal pod choinką. Zaatakował śledzionę. What? Sama lekarka się zdziwiła. Szukam w sieci. No faktycznie – zdarza się. Bodajże u dogów czy labradorów. Żartowaliśmy, że widać Mama była w życiu niezłą suką. Taki tam śmiech przez łzy, ale oboje zawsze staraliśmy się nie tracić rezonu. Tak naprawdę oczywiście suką nie była, a my mieliśmy oboje pełne gacie ze strachu co teraz będzie. Szybko się to potoczyło. Mama nigdy nie pieściła się ze sobą i z robotą. Co prawda nie z własnego wyboru, ale skoro trzeba było umrzeć to i to załatwiła szybko i godnie. W międzyczasie zachorował ukochany rudy kot mojej Mamy – Krakers. Nie uwierzycie na co. Kurwa na raka. Tylko, że on miał wielkiego guza, który strawił mu pół szczęki, utrudniał jedzenie i oddychanie. Muszę o nim napisać, bo Mama nie darowałaby mi opowiedzenia jej historii z pominięciem kota, którego kochała niewiele mniej ode mnie. Mama łykała chemię, bo dostała taką w tabletkach, po której nawet włosy nie wypadały. Myśleliśmy, że to dobrze, że taka super terapia, bo przecież po pierwszej chemii, 10 lat wcześniej włosy wypadły całkowicie. Teraz myślę, że dali coś, co nie osłabi nadmiernie Mamy w ciężkim stanie, a da wszystkim nadzieję, na uniknięcie tego, co i tak było nieuchronne. Także Mama łykała tę chemię, a potem blendowaliśmy Krakersowi kocie żarcie z puszek i strzykawką podawaliśmy do pyszczka, bo biedak sam nie był w stanie już jeść. Zapytaliśmy weterynarza czy nie powinniśmy go uśpić, bo może się męczy? Zapewnił nas, że jego stan ogólny jest dobry i że dopóki będziemy tak o niego dbać, jak dbamy, nie trzeba się martwić o jego dobrostan i można mu jeszcze dać cieszyć się jego ostatnimi chwilami kociego życia pośród bliskich mu ludzi. Krakers odszedł niespodziewanie pewnej nocy. Znalazłem go sztywnego na jego posłaniu, kompletnie zapadniętego, płaściutkiego, jakby go przejechał walec. Odszedł w domu, wśród swoich „człowieczych” bliskich. Poszedłem na koniec ogródka, wykopałem niezbyt głęboki dołek. I wtedy Mama ze łzami w oczach powiedziała: „Ja będę następna”. Ciągle się zastanawiam, na ile to był smutny moment, a na ile tragikomiczny, ale wtedy nie było mi do śmiechu. Zwymyślałem ją, że wygaduje bzdury, ale ona bzdur nie wygadywała i słowa dotrzymała.

Dwa albo trzy tygodnie przed śmiercią dostaliśmy do morfiny plastry z fentanylem. To taki środek przeciwbólowy, który jest ok. 100 razy silniejszy od morfiny. Pamiętam, że Mama dostała różowe recepty, ale te plastry były tylko w jednej aptece, dwie dzielnice od nas. Poprosiła mnie, żebym tam pojechał. A ja oczywiście miałem inne plany. Pokłóciłem się z nią, ale ostatecznie pojechałem. Jeżeli zastanawiacie się, czy mam o coś do siebie pretensje, w związku z jej chorobą, to właśnie o to, że się z nią wtedy pokłóciłem. Że nie chciałem pojechać. Odsuwałem myśl o chorobie od siebie, starałem się ją na wszelkie sposoby zbagatelizować, ale choroby mają to gdzieś i robią swoje. I ja też mam za swoje. 10 lat minęło od śmierci mojej Mamy, a ja ciągle mam do siebie pretensje o tamten moment. Czy płynie z niego jakiś morał? Tak, dbajcie o swoich bliskich w chorobie. Szczególnie tej ciężkiej i trzymajcie nerwy na wodzy, żebyście potem latami czegoś nie żałowali, nawet pozornie jakiejś bzdury, gdy nie będzie już możliwości powiedzieć słowa „przepraszam”.
Tymczasem choroba postępowała, a mama chudła. Pewnego dnia założyła swoją sukienkę ze studniówki. Po raz pierwszy od ponad 40 lat weszła w nią. Cieszyła się, że tak wyszczuplała, a ja razem z nią cieszyłem się jej szczęściem. Do teraz zastanawiam się, gdzie wtedy mieliśmy rozum, bo przecież utrata wagi w chorobie nigdy nie zwiastuje niczego dobrego, ale to najlepszy dowód na to, że ciężkie choroby potrafią każdemu założyć klapki na oczy i utrudnić trzeźwe myślenie.

Jakiś czas przed śmiercią pogadałem z przyjaciółmi. To był ten czas, kiedy jeszcze ich miałem. Powiedziałem, że nie wiem co będzie, ale zdaję sobie sprawę z tego, że może nie być wesoło. Żeby ze mną byli i jakby co, to mnie pilnowali. Nie wiem, co miałem na myśli, ale może chodziło mi o to, żebym nie zrobił czegoś głupiego.

Tydzień przed śmiercią poszedłem z Mamą na ostatnie w jej życiu zakupy do pobliskiego sklepu. To było raptem ze 300 metrów, a musieliśmy zrobić chyba ze trzy przystanki.

Pamiętam, że po śmierci Mamy te panie ekspedientki tak bardzo płakały.

Kilka godzin przed śmiercią zjedliśmy razem frytki. To znaczy Mama raczej poskubała. Nie powiem skąd były, bo pomyślicie, że nawet tu ożeniłem Wam artykuł sponsorowany, ale jak frytki to pewnie sami wiecie skąd.

Oszczędzę Wam szczegółów, bo i po co Wam one, ale ostatnia noc była trudna. Babcia, która od kilku lat nie wchodziła do nas na piętro wczłapała się by pomóc. „Jasiu, a może to już koniec?” – zapytała. Co zrobił Jaś? Opierdolił ją z góry na dół. Jaki tam koniec! Ale to był koniec…

Dwa razy wzywałem pogotowie. Teraz wiem, że niepotrzebnie, może ktoś bardziej go wtedy potrzebował. Oba zespoły niewiele mogły pomóc. Jakoś tak bez słowa się ulatniali. „Wie pan, najlepiej jakbyście pojechali na Onkologię, ale tam nie ma SORu, w nocy nie przyjmą, trzeba czekać do rana”. Mama na przemian odzyskiwała przytomności i ją traciła zapadając w coś przypominającego lekki sen. Rano przyjechała do nas moja Ciocia. Uznaliśmy, że samochodem nie damy rady Mamy przewieźć. Była zbyt słaba, przelewała się przez ręce.

Zadzwoniłem po prywatną karetkę. Przyjechał starszy lekarz, tak po 60tce. Niezwykle miły i opanowany. Razem z nim było dwóch młodych ratowników. Lekarz zaczął wypisywać dokumentację, a ratownicy mieli zrobić kroplówkę. Tyle, że na rękach Mamy żyły były już zapadnięte. Lekarz polecił wkłucie się w żyłę podobojczykową czy jakoś tak. Chłopaki wyraźnie się męczyli i wtedy jeden z nich nagle krzyknął, a w pokoju panowała niezwykła cisza: „Doktorze! Nie oddycha.”

Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x