Sztuka umierania

Raz miałem w życiu nogi jak z waty. Raz w życiu miałem wrażenie, że zaraz upadnę. I to było wtedy. Ale nie upadłem tylko wziąłem głęboki oddech. Lekarz ze stoickim spokojem, ale też z ogromnym namaszczeniem niemal osłuchał Mamę. „Akcja serca powoli ustaje – odmawiam dalszej resuscytacji. Czy Pan się zgadza?”. Choć z boku to się wydaje oczywiste i banalne nawet nie wiecie, jak trudno w kilka sekund podjąć decyzję o czymś życiu i jednocześnie całym swoim. Miałem wrażenie, że sufit razem z podłogą powoli się do siebie zbliżają by mnie zgnieść. „Zgadzam się.” – odparłem. Wiedziałem, że moje samolubne pragnienie utrzymania Mamy przy życiu, przy mnie, nie może wygrać z koniecznością jej odejścia. Specjalnie piszę koniecznością, bo gdyby mogła wybrać to pewnie by nie chciała umrzeć. Jednak musiała. Usiadłem przy Mamie na skraju łóżka. Przytuliłem ją i powiedziałem, że ją kocham. A myśmy tego sobie nigdy nie mówili…

To dlatego teraz powtarzam to mojej Marcie i dzieciom po dziesięć razy dziennie. Te moje ostatnie słowa dały mi niesamowite poczucie – że wszystko w życiu mojej Mamie powiedziałem. I nic już bym nie dodał…

Lekarz, który przyjechał był niezwykły. Nie wziął grosza mówiąc, że rozliczył nas ten na górze. Biedni ratownicy, naprawdę miłe, młode chłopaki, wyszli zdruzgotani. Lekarz niezwykle pięknie i mądrze ze mną porozmawiał. Nigdy nie musiałem korzystać z pomocy psychologa, po odejściu Mamy również. Czasem myślę, że to dzięki temu Doktorowi, który w pierwszych minutach kompletnie nowej dla mnie rzeczywistości poustawiał mniej więcej rozsypane w mojej głowie klocki.

Potem przyjechała lekarka rodzinna całej naszej rodziny, żeby wypisać kartę zgonu. Kobieta starsza od mojej Mamy. Lekarka, która pewnie kilkanaście razy w roku, o ile nie częściej była świadkiem śmierci swoich pacjentów. Gdy wszedłem do pokoju rzuciła mi się na szyję i zaczęła płakać. „Ale to chyba ja powinienem płakać” – powiedziałem przytulając ją. „Przepraszam Jasiu, ale tak lubiłam twoją mamę. To była taka dzielna kobieta.” – odparła. Tu miała rację.

To wszystko, choć to dla mnie nie jest łatwe, piszę Wam z kilku powodów. Bardzo chciałbym, aby w naszym kraju zmieniła się filozofia umierania. Postrzeganie śmierci. W szczególności takiej spodziewanej, nieuchronnej, kiedy nic nie można zrobić.

Po pierwsze – korzystajmy z siebie nawzajem. Bo potem ktoś odejdzie i jest żal, żeśmy czegoś nie zrobili, nie powiedzieli, nie przeprosili czy się nie pogodzili.

Po drugie – to nie jest koniec. To początek. Oczywiście nie dla tego co umarł, ale jego nic już nie obchodzi. To początek nowej rzeczywistości dla Was. Zróbcie wszystko by się w niej odnaleźć. Wasz bliski, którego już nie ma, na pewno by tak chciał, byście dalej żyli dobrze i szczęśliwie.

Po trzecie – macie dla kogo żyć. To jesteście Wy sami. Osobiście nie postrzegam życia jako czegoś wybitnego i szczególnego. Ludzi jest masa, do tego zwierzęta, rośliny. Sam na Ziemi nie jestem, więc nie ma co się podniecać. Ale skoro już ktoś mnie kiedyś powołał do życia i zaczęła się ta moja gra, to trzeba w nią odważnie grać i się nie mazać. Życie jest jedno i na bank każdy z nas umrze. Tyle, że możemy w tym życiu zrobić mniej lub więcej, być gorszymi lub lepszymi, głupszymi lub mądrzejszymi. Zawsze starajmy się robić więcej, być lepszymi i mądrzejszymi. To nie tylko się opłaca, ale „tak po prostu warto żyć”. 🙂

Po czwarte – z życia każdego człowieka, nawet tego najmniejszego, który żył chwilę i nie zostawił po sobie namacalnych osiągnięć czy dokonań można wyciągnąć wiele dobrego dla siebie i dla potomnych. Cokolwiek robię, robi to moja Mama. Może ktoś z Was będzie tak miły i dobrnie do tego momentu – jeżeli choć trochę jesteś wzruszony, jeżeli te słowa dały Ci choć kilka chwil relaksu lub doprowadziły do jakiś przemyśleń, to już wiele. A to trochę dzieło mojej Mamy i jej historii, a przecież od blisko dziesięciu lat jej tu z nami nie ma. To od nas żywych zależy nie tylko pamięć, ale wręcz dalsze istnienie naszych bliskich, którzy w różnych momentach odeszli. Ktoś kiedyś wypomniał mi, że dawno nie byłem na grobie Mamy. Jakież to polskie, polerować te pomniki, żeby inni widzieli. Prawdziwym pomnikiem naszych bliskich jesteśmy my, ci co po nich zostali. Jeżeli niesiemy ich przekaz, myśl, ideę, albo zwyczajnie po prostu robimy na tym padole dobrą robotę, to wystawiamy im pomnik każdego dni i to większy niż największe obeliski. Kurwa, Kochani, starajcie się. Zadawajcie sobie raz na jakiś czas pytanie, czy to co robicie jest w porządku i czy Wasi bliscy byliby z Was dumni i poklepali Was po ramieniu, gdyby jakimś cudem na chwilę wrócili do żywych. Ja wiem, że moja Mama byłaby ze mnie bardzo dumna. Oczywiście mówię tu o osobach, których zdanie się dla Was liczy. Bo jak kogoś mieliście w pompie to wiadomo. Można ograniczyć się do polerowania pomnika.

Po piąte – zamiast smucić się samolubie tym, że nie ma wśród nas bliskiej nam osoby, i że taka pustka i smutek, pomyślmy jakie to szczęście nas spotkało, że przez jakiś czas życia tę osobę znaliśmy i mieliśmy okazję z nią obcować. Pielęgnujcie pełnię wspomnień i myśli związanych z tą osobą, a nie pustkę, jaka pozostała po jej odejściu.

Po szóste – i to może być nieco kontrowersyjne – każda śmierć to nowa rzeczywistość, a nowa rzeczywistość to nowe możliwości. Może nieładnie tak pisać, ale tak jest. Gdy ponad 20 lat temu zmarł mój Dziadek Mietek po ciężkiej, wieloletniej chorobie, również w domu, wśród bliskich, przy mnie, wszyscy poczuliśmy smutek i ulgę. Ale kto kiedykolwiek miał w domu ciężko chorego, leżącego bliskiego, w stanie praktycznie wegetatywnym ten to rozumie.
Gdyby nie śmierć mojej Mamy, nie byłoby Marty, Miecia, Zyzia, całego mojego szczęścia. I tego bloga też byś nie czytał!

Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x