Wstyd dziewczyny! Wstyd!

Parę dni temu zaproszono mnie na inaugurację nowej kampanii. Marka Triumph startuje z zupełnie nową komunikacją do swoich klientek. Cała kampania koncentruje się na podkreśleniu wsparcia jakie kobiety dają, a raczej powinny dawać sobie nawzajem. Pierwsza moja myśl: przecież to jest takie oczywiste – my kobiety potrafimy się wspierać jak nikt inny. Druga myśl: nudaaaa, przecież to już było grane wielokrotnie przez inne marki. Trzecia myśl: no tak, niby to takie oczywiste, niby się wspieramy, a jednak jak tak sięgam pamięcią, to wszystkie noże w plecy i przysłowiowe szpile wbijały mi kobiety.

Nie ma gorszego wroga kobiety niż druga kobieta. To prawda dziejowa, którą nasze mamy i babcie przekazują nam między słowami i gestami. Nikt mi nigdy głośno tego nie powiedział, ale doskonale pamiętam jak moja Mama płakała zamknięta w łazience, z powodu życzliwych koleżanek z pracy. Pamiętam jej emocje po pierwszym dniu w nowej pracy. Cała była rozdygotana i tak bardzo nie chciała tam iść nazajutrz. Tato wypytywał ją co takiego strasznego jest w tej pracy, że tak bardzo jej się nie podobało. Szef? Miły i pomocny. Praca? Ciekawa i rozwojowa. To co było takiego strasznego? Nowe koleżanki, które za wszelką cenę starały się pokazać, jak bardzo są tam ważne i jak bardzo ona do nich nie pasuje. I wiecie co w tej historii jest najlepsze? Dziś wszystkie wspomniane panie umawiają się z moją Mamą na wypady na sushi czy na kawusię i ploteczki. Ech… życie. Która z nas tego nie zna?

Wszystkie słabe historie, intrygi, niesłuszne plotki na mój temat spotkały mnie ze strony kobiet. To straszne, ale my kobiety jesteśmy dla siebie beznadziejne. Szydzimy, obgadujemy, knujemy intrygi, donosimy, plotkujemy. Dacie wiarę, że nigdy żadna z tych rzeczy nie spotkała mnie ze strony facetów? Miewałam stanowczych i niezbyt miłych szefów, ale jeśli coś do mnie mieli, to zawsze walili prosto z mostu. Nie szukali wyrafinowanych sposobów na zrobienie mi przykrości.

Najgorsze jest to, że my to wszystko bardzo często robimy bez klasy, próbując zgnoić inną kobietę same oblewamy siebie gównem. Pisałam Wam wielokrotnie, że w dzieciństwie byłam typem ofiary losu. Taką mimozą, która przynosiła z domu cukierki, żeby ją inni lubili, i której łatwo było wejść na głowę. Wiecie ile razy byłam obiektem dziewczęcych intryg i dziewczęcej zawiści? Chłopcy co najwyżej ciągali mnie za warkocz, albo próbowali podszczypywać (prócz jednego kolegi, który nie radził sobie z agresją – pisałam Wam kiedyś o tym). Nigdy nie zapomnę, jak koleżanki zapraszały mnie do zabawy w Czarodziejki z Księżyca albo w Spice Girls. 😉 A jak już przychodziłam na umówione miejsce okazywało się, że jest o jedną dziewczynkę za dużo i to ja musiałam obejść się ze smakiem.

Miałam też kuzynkę, która lubowała się w robieniu mi rozmaitych przykrości. Kiedy razem z rodzicami wybieraliśmy się do sklepu z zabawkami, ta z rozmysłem czekała na mój wybór, po czym robiła aferę, że ona chce dokładnie tę samą zabawkę. A to były lata 90te i wszystkiego w sklepie było po jednej sztuce. Zgadnijcie jak się kończyły tamte historie? Kto wracał  z zabawką pod pachą, a kto oczywiście musiał ustąpić?

Później w korpo jedna, skądinąd bardzo sympatyczna koleżanka, wymyśliła, że mam romans z szefem. Plotka szybko rozeszła się po firmie, a mi to nie dawało spokoju. Po nitce do kłębka dotarłam do niej. Kiedy ją zapytałam, dlaczego to wymyśliła, uśmiechnęła się do mnie dokładnie tak samo jak wtedy, gdy podczas wspólnych obiadów ktoś opowiadał niesmaczne żarty.

To od kobiet czytam wszystkie uszczypliwości na blogu. To kobiety, często matki, piszą mi, że moje dzieci mają wszystkie choroby świata. To kobiety piszą mi pod płaszczykiem troski, że powinnam schudnąć bo prowadzę bloga, albo że powinnam obciąć włosy, bo w tych obecnych wyglądam okropnie.

To straszne, że jesteśmy takie dla siebie. Że chce nam się poświęcać czas na zatruwanie komuś życia.
Zajęcie, które wykonuję na co dzień bardzo mocno uodporniło mnie na takie rzeczy. Jest mało kwestii, które obecnie mnie ruszają. Przeraża mnie jednak to, że kobieta kobiecie potrafi robić jawną krzywdę. Że tak często trudno o wsparcie.

Ileż razy byłam świadkiem obgadywania kobiet przez inne kobiety. Ile razy słyszałam, że jakaś kobieta była w miejscu, w którym obgadywano mnie. Ile razy słyszałam jak teściowa synowej: a) dosypywała pół worka soli do zupy, b) dolewała farby do dozownika na proszek w pralce, c) wysypywała kurz z odkurzacza na wycieraczkę. Myślicie, żee takie historie to legendy? One się dzieją obok nas. Z pewnością każda z Was mogłaby przytoczyć choćby jedną.

Z czego to wynika. Nie mam zielonego pojęcia. Może z tego, że same nie czujemy się pewnie i podkopując inne kobiety, wzmacniamy swoją pozycję. A może to wynika z naszej kobiecej, pokrętnej natury. Może z nudy w życiu, może z zazdrości. Być może z tego, że w naszą naturę wpisana jest rywalizacja. Na pewno znacie takie słowo jak braterstwo. A czy któraś z was słyszała kiedyś o siostrzeństwie? Poza tym nas kobiety nie uczy się zdrowej rywalizacji. A stąd już blisko do zachowań rodem z podstawówki. Często zamiast się skonfrontować tak, jak to robią faceci, wolimy knucie i intrygi. Obawiamy się stanąć z problemem twarzą w twarz. W całej tej sytuacji nie pomaga też fakt, że zdecydowanie dłużej niż mężczyźni żywimy urazę. Faceci potrafią zostawić konflikty czy rywalizację za służbowymi drzwiami, a nam jest zdecydowanie trudniej zapomnieć.

Ten tekst pozostawię bez rozwiązania. Niestety nie znam lekarstwa na kobiecą zawiść. Mam jednak cichą nadzieję, że z wiekiem łagodniejemy. Dostrzegamy w innych kobietach nie rywalkę i wroga, a sojusznika i przyjaciela. Tak czy siak, jedyne rozsądne rozwiązanie jakie przychodzi mi do głowy to pozbywanie się takich ludzi ze swojego otoczenia. Istnieje jednak pewne ryzyko, że wtedy wokół zostaną sami mężczyźni. 😉

Jess superstyler




Strona używa plików cookies. Korzystając z niej zgadzasz się z Polityką cookies.
Akceptuję
x